Żar – góra z elektrownią szczytowo-pompową

Każdy górołaz cierpi na taką dziwną przypadłość, iż nie może usiedzieć chwili na miejscu. Tak też jest z nami i nawet w Wielką Sobotę ciągnie nas w góry. Nasz wybór pada na Beskid Mały i górę Żar, a stawiamy na mało uczęszczaną trasę przez Kościelec i Kiczerę. Liczymy na ciszę, spokój i puste szlaki.
Dojeżdżamy do Międzybrodzia Żywieckiego i zaraz za mostem zostawiamy samochód. Jak na kwiecień jest ciepło, a wręcz duszno. Pierwszy odcinek przebiega drogą asfaltową i jest tak intensywny, że cyklicznie ściagamy z siebie kolejne warstwy ubrań 😉 Niebawem wchodzimy do lasu i zaczynamy pierwsze podejście
niebieskim szlakiem na Kościelec. Szeroka droga przebiega łagodnie, a przed nami spostrzegamy stado saren, więc zatrzymujemy się na chwilę i spokojnie czekamy aż się oddalą. W dalszym etapie szlak biegnie różnorodnie, raz bardziej łagodnie, raz zaostrza się bardziej, ale niezmiennie prowadzi nas lasem liściastym, wciąż nieco nagim po zimie. Po około godzinie docieramy na groźnie brzmiący Kościelec, który na szczycie nie posiada nawet dumnej tabliczki. Mniemamy, że zdobyliśmy szczyt, kiedy nagle szlak przestaje wznosić się w górę, a zaczyna prowadzić grzbietem. Żwawo idziemy po miękkim podłożu w kierunku Przełęczy Przysłop, gdzie będziemy zmieniać znaki na czerwone. Odcinek niczym się nie wyróżnia, nie ma tam nic zachwycającego, po prostu mija kolejne 30 minut nim docieramy do krzyżówki.


Według tabliczek na Kiczerę pozostała nam godzina marszu. Obecnie obchodzimy Wielką Cisową Grapę od prawej strony, a wąska ścieżka raz sprowadza nas w dół, by potem znowu ciorać w górę. Mijamy po drodze ruiny szałasu kamiennego i niedługo potem znajdujemy się na Przełęczy Isepnickiej. Odtąd czeka nas ostre i męczące podejście na Kiczerę, które kondycyjnie daje nie lada wycisk, ale widoki ze szczytu wynagradzają nam wszelkie trudy wędrówki. Stajemy jak wryci na wierzchołku Kiczery i spoglądamu na imponujący Żar w wiosennej szacie.
Najlepszy punkt widokowy w Beskidzie Małym - serio!


Pozostał nam do pokonania ostatni odcinek do celu. Teraz czeka nas niewielkie zejście w dół i kawałek drogi asfaltowej. Obchodzimy zbiornik wodny i po chwili znajdujemy się na Żarze. Szukamy tabliczki i z trudem ją odnajdujemy wciśniętą, gdzieś obok baneru reklamowego. Uwagę oczywiście przykuwa „basen” na szczycie góry. Warto odwiedzić to niepowtarzalne miejsce, które jest jedynym tego typu w Polsce.



Jako nieliczni docieramy na szczyt o własnych nogach, bo większość wychodzi z kolejki. Żar jest bardzo komercyjny, powiedziałabym porównywalny do Gubałówki. Jest również wspaniałym miejscem dla paralotniarzy.

Tymczasem my siadamy na ławce obok górnej stacji kolejki i podziwiamy widoki ze zboczy na Porąbkę i oba Międzybrodzia. Relaks w promieniach słońca :)



Do zejścia szykujemy się najpopularniejszym czarnym szlakiem „podkolejkowym”. Większość turystów schodzi stokiem, jednak my podążamy zgodnie ze znakami po lewej stronie kolei terenowej.



Po 30 minutach znajdujemy się na dole i pozostaje nam powrót drogą asfaltową do samochodu. W międzyczasie zaczyna padać. Jednak ciepły wiosenny deszcz nam nie straszny, wręcz przyjemny. Idziemy nadal spokojnym tempem.
Przedświąteczny dzień został spędzony na relaksie w otoczeniu przyrody. Polecam każdemu tą trasę. Naprawdę warto!

A.N.

19.04.2014


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz