Gdzie diabeł nie może, tam Babę pośle...

Już sam tytuł nieco zdradza czytelnikowi, gdzie mnie wywiało, ale zacznijmy od początku. Owa historia dotyczy po części tęsknoty, którą zaczęłam odczuwać z powodu braku odwiedzin na diabelskiej górze. Babia Góra, bo o niej mowa, ostatni raz była przez nas odwiedzona we wrześniu ubiegłego roku, notabene na „wakacyjnym” urlopie. Do Diablaka oboje mamy jakiś niewytłumaczalny sentyment, ale chyba każdy z nas ma tzw. „swoje góry”. Na pozór wszystko wydaje się łatwe, cel jest jasno określony, ale z babami łatwo nigdy nie ma. Najważniejsze jest wstrzelenie się w dobrą pogodę, co na Diablaku urasta do rangi mission impossible, bo nie dość że tam wiecznie wieje, to w dodatku ta góra jest bardzo kapryśna, czytaj zmienna. Drugi ważny aspekt to trasa. Powiem szczerze, że nudzi mnie wchodzenie ciągle tym samym szlakiem, dlatego szukam coraz to nowszych rozwiązań, które mogą mnie zaskoczyć i zainspirować. Po krótkim wpatrywaniu się w mapę nasuwają mi się dwa pomysły i po konsultacji wybieramy opcję krótszą, ale dość atrakcyjną. Jaka będzie okaże się już podczas wędrówki.
Sobota – 7 maja 2016. Wyruszamy o 6:30 przewidując na jazdę samochodem max. 2h. Z niewielkim poślizgiem docieramy do Lipnicy Wielkiej przed 9:00 i po szybkim śniadaniu w aucie ruszamy na pieszą wędrówkę. 


Punkt informacji przyrodniczej i turystycznej na początku szlaku
Na szczyt będziemy podążać zgodnie z zielonymi oznaczeniami. Szlak najpierw prowadzi szeroką drogą leśną, ale z czasem zwęża się i przeobraża w ścieżkę. Pogoda jest iście wiosenna, błękitne niebo czasem przecinają białe cumulusy, a delikatny wiatr miarowo dawkuje ciepło. Wokół czuć zapach świerków i tym otoczeniu samotnie idziemy w nieznane.

Mieszków Bór, czyli szlak prowadzący świerkowym lasem
Początkowo szlak prowadzi umiarkowanie w górę, ale wraz z dystansem teren nieco się wyostrza. Idziemy wciąż lasem, a z dołu do naszych uszu dobiega szum wody. Z każdym krokiem odgłos jest coraz wyraźniejszy, aż w końcu potok płynie tuż obok ścieżki. Jak się okazuje jest to Krzywy Potok, który ma swój początek pod szczytem Babiej Góry. 

Krzywy potok z mrocznej perspektywy
Kolejny odcinek jest nieco bardziej wymagający, ale przy dobrej kondycji nie powinien sprawić problemów. Ściółkowe podłoże sprawia, że idzie się lekko i przyjemnie, co ma niemałe znaczenie. Po niecałych 30 minutach docieramy do punktu informacyjnego z wiatą turystyczną i tym samym jesteśmy u wrót Babiogórskiego Parku Narodowego. Od tej pory naszą wędrówkę będziemy kontynuować Pańskim Chodnikiem. 

Miejsce do odpoczynku
Krótki odcinek pokonujemy jeszcze lasem, by potem teren miarowo się odsłaniał. Wchodzimy w piętro kosówki i po skalnych płytach podążamy naprzód. Widzimy już szczyt Diablaka, który nie jest wcale tak odległy, co wprawia nas w pozytywny nastrój. Ponadto za naszymi plecami nieśmiało wyłaniają się Tatry, które obserwowaliśmy już dziś podczas jazdy samochodem. 

Pański Chodnik
Nieśmiałe Tatry
Jezioro Orawskie, Magurka Orawska oraz w oddali po prawej Wielki Chocz
Im teren jest bardziej odkryty, tym niestety jest bardziej odczuwalny wiatr. Nad naszymi głowami coraz intensywniej przewalają się chmury, a ich kolor jest złowieszczy. Jeszcze kawałek idę na długi rękaw, licząc że to tylko chwilowe pogorszenie pogody, ale gdy widzę kopułę szczytową pogrążoną w mroku, nie pozostaje nic innego jak ubrać kurtkę. Po niecałej godzinie marszu krętą, ale niewymagającą ścieżką, koło szlaku zauważamy krzyż, który był zaznaczony na mapie. Gdy podchodzimy bliżej okazuje się, że został postawiony ku pamięci czwórki młodych narciarzy, którzy zginęli na zboczach Babiej Góry w kurniawie w lutym 1935r. 

Krzyż ku pamięci Władysława Olejczyka, Heleny Banachowskiej,
Kazimierza Frysia i Janiny Frysiówny
Kamiennym chodnikiem zdobywamy wysokość i dzięki temu odsłania się przed nami coraz bogatsza panorama. Po niespełna 10 minutach docieramy do kolejnego punktu na naszej trasie, a są to mianowicie ruiny schroniska Beskidenverein. Budynek położony nieopodal szczytu był pierwszym schroniskiem w Beskidach, oddanym do użytku w 1905r. W czasie wojny został ostrzelany, jednak ostatecznie strawił go pożar w 1949r. Dzisiaj możemy podziwiać jedynie jego fundamenty, chociaż przyznam że opcja schroniska w tym miejscu byłaby naprawdę kusząca.

Panorama na Orawę
Ruiny schroniska Beskidenverein, nazywanego po wojnie „Leśnik”
Płyta niegdyś umieszczona nad drzwiami wejściowymi do schroniska, dziś pełni rolę ścieżki
Schronisko Beskidenverein w latach świetności
Z tego miejsca możemy obserwować zagłębienie terenu w postaci niewielkiej kotlinki, w której śnieg zalega aż do lata. Zaskakujące jest to, iż ten płat śniegu utrzymuje się tyle czasu na południowym zboczu, wystawionym na działanie promieni słonecznych. Nie pozostaje nam nic innego jak trawers tym śnieżnym polem, po jakby nie było sporym spiętrzeniu grzbietu.

Przed trawersem…
Kotlinka w całej okazałości
Śnieg wydaje się twardy i zbity, jednak w rzeczywistości jest mokrą breją sięgającą ponad kostkę. Teren jest dość stromy, więc ostrożnie podciągamy się przy pomocy kijów. Po pokonaniu kotliny wyłania się przed nami wierzchołek Diablaka i zakosami pokonujemy ostatni etap wędrówki. Szczyt zdobywamy o 10:30. 

Szczyt zdobywamy od południa szlakiem zielonym
Co zastajemy na szczycie? Na pewno sporo ludzi, zimny wiatr i wielką chmurę przysłaniającą jakiekolwiek promienie słońca. Góra pokazuje swoją kapryśność, bo wokół wszędzie świeci słońce tylko nie na kopule. Nie mamy żalu o marną widoczność, bo idealną mieliśmy już na Babiej nieraz. Dzisiejszym celem wyprawy było poskromienie diabła od południowej strony i ta wędrówka w nieznane, z ciągłą niewiadomą co nas czeka, była o wiele ważniejsza niż widok ze szczytu. W końcu stoję na nim po raz szósty… :) 

6x na szczycie Babiej Góry
Niebiańskie widoki… tylko na niebie
W kierunku Słowacji
Przełęcz Brona i Mała Babia, czyli Cyl w światłocieniach
Zawoja i otaczające ją Pasmo Jałowieckie
Pachoł szczytowy od drugiej strony, czyli słowacka Babia Hora
Szlak czerwony graniczny z widokiem na Orawską Półgórę i Pilsko
Pośredni Grzbiet, Mała Babia oraz Pasmo Mędralowej
Po zjedzeniu jednej bułki (w czapce i rękawiczkach) oraz porobieniu wystarczającej liczby zdjęć, zbieramy się do powrotu również nową dla nas drogą. Stawiamy stopy na słowackiej ziemi i żółtym szlakiem rozpoczynamy zejście z Babiej Góry. Mam jednak niecny plan, by tak szybko nie opuszczać kopuły szczytowej. Niezawodna dotąd mapa wskazuje tuż poniżej wierzchołka wiatę (czytaj schron). Jeśli wszystko pójdzie po naszej myśli zrobimy sobie dłuższą przerwę w korzystniejszych warunkach niż te na szczycie. Byleby uciec przed tym upierdliwym wiatrem i znaleźć choć trochę słońca. 

Opuszczamy szczyt
Szlak żółty bynajmniej widokowy prowadzi kamiennym duktem
Jak postanowiliśmy tak też się stało i po niespełna 10 minutach dostrzegamy daszek między kosówką. Nasłoneczniona ławka czeka chyba właśnie na nas. Wszyscy prą bez zatrzymania w górę, a my znaleźliśmy miejsce na dłuższy popas :) 

Ławka z nie lada widokiem
Tam stoi autko – Lipnica Wielka
Granica PL-SK
Po solidnym odpoczynku kontynuujemy wędrówkę szeroką ścieżką wśród kosówki. Teren dzięki temu jest jak najbardziej widokowy, zwłaszcza jego południowa i zachodnia część. Trzeba przyznać, że szlak ze Slanej Vody jest gęsto uczęszczany i nie ma co się dziwić, skoro jest jedyną słowacką opcją dostania się na Babią Górę. Mijamy również sporo Polaków. Nieodłącznym elementem naszej wędrówki jest Pilsko, na które spoglądamy z nutką nostalgii, wspominając naszą ostatnią wizytę na szczycie

Pasmo Magury Orawskiej i Gór Choczańskich
Szlak z widokiem na Pilsko
Horna Orava
Po upływie około 40 minut szlak zdecydowanie się zwęża i zmienia swój charakter. Wchodzimy ponownie w piętro lasu i trawiastą ścieżką tracimy wysokość. Przy żółtej drodze znajduje się sporo miejsc do odpoczynku, częstokroć również pod wiatami, co na pewno jest dużym plusem. Słowacki szlak ponadto wzbogacony jest o tablice edukacyjne dotyczące flory i fauny. Przy jednym z takich punktów w końcu możemy ściągnąć kurtki. Niżej jest ponownie ciepło i przyjemnie. 

Tablice edukacyjne
Dobry kamień, nie jest zły
Gdy ruszamy w dalszą drogę mój baczny obserwator Bartek, dostrzega przy szlaku coś niebywałego. Mamy praktycznie połowę maja, a one jeszcze się tutaj ostały. Mowa oczywiście o krokusach, które jak widać mają swoje miejsce również przy tym szlaku. Więc jakby kiedyś ktoś coś to tutaj są :D 

Ostatni w tym sezonie
Wkrótce docieramy do rozstaju Staviny, skąd według tabliczek pozostało nam 50 minut do kolejnej krzyżówki, na której będziemy zmieniać kierunek wędrówki. Droga odtąd nieco się dłuży, ale wciąż żwawym krokiem podążamy w dół. Na szlaku czeka nas jeszcze kilka atrakcji, a jedną z ważniejszych są wieżyczki widokowe z lunetami i to zupełnie za darmo. W Polsce oczywiście takie cuda nie mają miejsca, bo u nas na wszystkim trzeba zarobić, ale jak widać Słowacy są mniej pazerni. 

Wieża z lunetą for free
Widok z wieży
Przed nami teraz dość ostre, kamieniste zejście, po którym czeka nas marsz po równym terenie. Docieramy do potoku Bystra, gdzie robimy postój – w końcu schodzimy już w totalu 1,5h. Gdy ponownie ruszamy szlak, ten robi się widokowy, a do łask wracają ośnieżone Tatry, które piętrzą się ponad zielonymi „pagórami”. Po 30 minutach docieramy do rozstaju przy Gajówce na Równiach i zmieniamy znaki na niebieskie. Zanim jednak pójdziemy dalej wyciągam aparat i działam. Zdecydowanie rozpoczął się sezon na mleczyki, czyli popadam w mleczykowe szaleństwo… 

Wybitne Tatry
Gajówka Hviezdoslava
Droga do raju…
Mleczykowe szaleństwo
Ostatni etap trasy to szeroka droga łącząca Słowację z Polską. Niebieskie znaki prowadzą głównie równym terenem, z niewielkimi podejściami i zejściami. Trochę słabniemy na końcówce, chyba z ciepła i zmienności terenu, ale po 45 minutach stajemy na granicy państw. 

Dzika granica
Do samochodu pozostaje nam zaledwie 15 minut marszu i zamykamy pętle na 16 kilometrze. Odpoczywamy chwilę w aucie, po czym zawijamy się do domu. Wracamy naszą ulubioną 962, skąd możemy podziwiać majowe tatrzańskie i orawskie krajobrazy. Podziwiamy jeszcze jedno. Mianowicie spotykamy na naszej trasie kolegę na rowerze, który dojechał tu aż z Bielska, po wcześniejszym wyjściu na Pilsko. Ach ta młodzież… pełna energii i wariackich pomysłów ;) 

Szczere pole ze szczerym widokiem
Zielono mi :)
Pasmo Magurki Orawskiej
Zimowo-wiosenny krajobraz
MAJ
A już tak gwoli podsumowania zdecydowanie polecamy ową pętlę na Babią Górę, która jest świetną alternatywą dla zatłoczonych, północnych szlaków. Droga od Krowiarek wiadomo jest fenomenalna, ale czasem chce się czegoś nowego. Bądźcie otwarci na zmiany, bo tylko dzięki nim odkrywamy stare miejsca na nowo :)

A.N.

07.05.2016


6 komentarzy:

  1. każdy ma swoją górę ;-) Babia moją nie jest, byłam raz, było OK, więcej pewnie nie pójdę :-D Ale wiadomo - jajestem tatrzańska

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo przyjemna opcja. My się z Babią jeszcze nie znamy, a pierwszy raz będziemy ją poskramiać w sierpniu. Mam nadzieję, że będzie łaskawa. :D

    OdpowiedzUsuń
  3. U nas rzeczywiście na darmowe lunety nie ma co liczyć. Prędzej będą takie typu: "wrzuć 2/5 zł i pooglądaj okolicę". No, ale tak to już jest.

    Tatry było widać, więc wycieczka udana ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Też bardzo lubię tam wracać :)

    OdpowiedzUsuń