W pogoni za marzeniami - Ďumbier i Chopok

Z Dumbierem u mnie było jak z miłością od pierwszego wejrzenia - zobaczyłam go gdzieś na internetach i po prostu chciałam (musiałam!) na nim stanąć. Tatry Niżne obiły mi się kilka razy o uszy, ale głębiej zaintrygowały mnie na jednym z blogów, którego nazwy teraz nie mogę sobie przypomnieć... W każdym razie postawiłam sobie go za punkt honoru i choćby nie wiem co, chciałam go zdobyć! 😉
Obecnie trwa majówka, gdzie za bazę wypadową obraliśmy miejscowość Demänová. W piątek zapowiada się piękna pogoda, więc bez zawahania przeznaczamy go na pokaźną pętlę: Dumbier - Chopok - Deresze. Wyruszamy z kwatery kilka minut po 6:00, po 10 minutach znajdujemy się już w Demianowskiej Dolinie i tam na jednym z parkingów zostawiamy samochód. Tutaj zaczyna się nasza wędrówka, tu jest początek i tu będzie koniec. Z tych wzniosłych myśli wyrywa mnie jakże przyziemna pizgawica. Cholera jak zimno! Nie chcąc się niepotrzebnie ubierać, zarzucam tylko chustę na szyję i idąc szybkim krokiem próbuję się rozgrzać. Jak idzie? A no średnio. Tak naprawdę dopiero po 30 minutach marszu jest nam ciepło. Wtedy zielony szlak wyprowadza nas z tajemniczego, magicznego lasu i oto spostrzegamy jeden z dzisiejszych celów – Chopok, skąpany w pierwszych promieniach ońca. Jak powszechnie wiadomo najwyższy spośród Tatr Niżnych jest Ďumbier, ale jegoki co nie widać 😉

Poranne rosy u stóp Chopoka
Obecnie znajdujemy się przy Chacie Lúčky, gdzie niespodziewanie znikają oznaczenia. Wpatruję się w mapę i ewidentnie szlak odbija w lewo, więc tam też się kierujemy, ale farby dalej nie widać. Niestety idąc na czuja nie obieramy właściwego kierunku i dopiero po 15 minutach poszukiwań i kręcenia się w kółko, w końcu trafiamy na właściwy tor. Po krótkim odcinku wąskiej, leśnej ścieżki wychodzimy na szeroką drogę, wyglądającą na dojazdową. Powoli zaczynamy być głodni, więc posuwamy się przed siebie w średnich humorach. Po kwadransie docieramy do rozstaju Pod Krcahovom, skąd rozpościerają się pierwsze konkretniejsze widoki. Morale zostają podbudowane. 

Pod Krcahovom – szlak czerwony w kierunku Partyzanckich Bunkrów
Tatry Niżne w porannych promieniach słońca: Demänovské Sedlo i Konské
Idąc wciąż szeroką drogą, wypatrujemy naszego głównego celu i zastanawiamy się, czy to któryś z obecnych tutaj. Oczywiście Ďumbiera jeszcze nie widać, a my poruszamy się teraz wykarczowaną ścieżką pełną suchych gałęzi. Po 20 minutach marszu w końcu postanawiamy zrobić przerwę na śniadanie. Góra nie zając nie ucieknie, a chodzenie na głodnego jest bez sensu. Siadamy na przydrożnym pniaku i wcinamy kanapki.

Czas na przerwę, czas na bułę z salami :D
Kolejny etap wędrówki przebiega lasem po luźnych kamieniach. Nie jest może rewelacyjnie, ale idzie się wygodnie. Spokojnie przemierzamy kolejne kilometry wśród świerków, wdychając ich intensywny zapach. Czas upływa nieubłaganie i tak oto po 50 minutach docieramy do rozstaju o intrygującej nazwie Široká Dolina Zaher, będącym końcem Szerokiej Doliny, a zarazem początkiem górskiego świata, jaki uwielbiamy. 

Široká Dolina Zaher z widokiem na Konské
Potok Demänovka
Jesteśmy obecnie na wysokości 1416m n.p.m., a czeka nas trekking na 2043m n.p.m., więc w zasadzie jesteśmy w połowie drogi wzwyż. Kontynuujemy wędrówkę podążając za zielonymi znakami i wierząc tabliczkom czeka nas jeszcze 1h 55minut na szczyt. Obecnie ścieżka prowadzi kamiennym duktem, kluczącym wśród kosówki i tym samym przypomina nam szlak w tatrzańskiej Piątce. Pod dostatkiem jest tu również głazów, więc uważnie wypatrujemy świstaków, ale te skrzętnie się poukrywały. Po 20 minutach szlak powoli wchodzi w zakosy, które doskonale widać z naszego obecnego położenia. Jesteśmy zamknięci w dolinie, w otoczeniu zielonych zboczy i skalistych szczytów, a widoki z każdą minutą są coraz pyszniejsze.

Szczyt Konské, który podczas wędrówki był szczytem „no name”
Tam idziemy – Krúpova hoľa
Za nami
Szeroka Dolina
Krok za krokiem, metr za metrem nabieramy wysokości. Ścieżka prowadzi wspomnianymi zakosami, które są idealnym sposobem na niemęczącą wędrówkę. Gdzieniegdzie widać pozostałości zimy w postaci topniejących płatów śniegu, które czasem musimy pokonać, zapadając się przy tym po kolana 😉 Tak oto mija nam większość podejścia, nie wspominając o rozglądaniu się na wszystkie strony i podziwianiu nowego dla nas krajobrazu. Tatry Niżne zaskakują swoją odmiennością, będąc mieszaniną wszystkich dotąd nam znanych pasm górskich.

Tam za tą górą jest Chopok – wyłoniła się kolejka na szczyt
Demänovské Sedlo i Konské
Niespodziewanie po 45 minutach osiągamy Przełęcz pod Krupową Halą i do końca zbocza pozostało naprawdę niewiele. Znajdujemy się na krzyżówce szlaków, gdzie tabliczki wskazują zaledwie 15 minut na Krupową, a stamtąd pozostanie już ostatnie podejście na Ďumbier. Widoki wokół są zacne, a zwłaszcza nie sposób oderwać wzroku od grzbietu o złotej barwie niczym bieszczadzka połonina. Z każdym pokonanym kilometrem jeszcze bardziej przekonujemy się o różnorodności Tatr Niżnych. Nieźle to sobie Ktoś wymyślił 😉

Sedlo pod Krupovou Hol’ou
Chopok i charakterystyczna Rotunda
Szlak na Demianowską Przełęcz
Liptowskie Jezioro oraz Góry Choczańskie
Połoniny w Tatrach Niżnych, czyli grzbiet Praszywej
Ostatnie podejście na Krupową Halę obfituje w lekki dreszczyk emocji, ponieważ dopiero tam wyłoni się nasz zacny Ďumbier, po którego zdobycie tu przydreptaliśmy. Niezmiernie ciekawi mnie wygląd tej góry. Po 20 minutach wreszcie stajemy na 1922m n.p.m. i po raz pierwszy ukazuje się On – wielki, groźny i strzelisty, a jego północne ściany przyprawiają o mocniejsze bicie serca. Jak tam wleźć? A no wcale nie tak trudno 😉

Północne ściany Ďumbiera
Prašivá, Tanečnica, Krakova Hol’a i Zadny Vrch
Końske, Chopok i Deresze z Krupowej Hali
Na przełęczy robimy krótką przerwę na posiłek i przy okazji weryfikuję, że na szczyt pozostało niespełna 20 minut marszu. Toż to chwilunia w porównaniu do przebytych już 3h 45 minut. Niebo powoli zanosi się ciemnymi chmurami, więc bez zbytniego ociągania ruszamy w dalszą drogę. Północne ściany Ďumbiera nieco mnie onieśmielały, by nie powiedzieć przerażały, ale na szczęście południowa strona jest łagodniejsza i to właśnie tamtędy prowadzi szlak. Czerwona znakowana ścieżka trawersuje górę, prowadząc nas po kamiennym chodniku. Początkowo zastanawiamy się, gdzie konkretnie znajduje się wierzchołek Ďumbiera, aż do chwili kiedy spostrzegamy krzyż na szczycie. Dostajemy dodatkowego przyspieszenia, przy i tak dobrym tempie. Jedyne co nas dobija to zmienna pogoda, raz zmuszająca do ubierania, by za chwilę przy niemiłosiernym upale zrzucać z siebie zbędne ciuchy. Idziemy przed siebie obserwując całe otoczenie tej niesamowitej góry, a widoki na wszystkie cztery strony świata są zacne.

Za nami niezmiennie Chopok i Deresze
Ludarova Hol’a
W dole Trangoška
Po 25 minutach stawiamy swoje stopy na kopule szczytowej i dociera do mnie, że właśnie spełniłam swoje kolejne małe marzenie 😊 Spoglądam na olbrzymi słowacki krzyż i dostrzegam jaka jestem malutka wobec jego rozmiarów. Najpierw oczywiście robimy sobie pamiątkowe zdjęcia, później przechadzamy się po szczycie podziwiając panoramę, by na koniec siąść na jednym z kamieni i odpoczywać. Patrzę i oddycham głęboko. Dla mnie czas zatrzymuje się w miejscu. Takim na 2043m n.p.m. 😊

Marzenie spełnione - Ďumbier!
Obelisk z tabliczką szczytową oraz głaz upamiętniający śmierć dwojga ludzi
Slovakia <3
Ludarova Hol’a
Niewielkie jezioro u stóp Praszywej
Dumbierskie Tatry
Himalajski akcent na szczycie
Velky Gaper
Kopuła szczytowa - 2043m n.p.m.
Po godzinie błogo spędzonej na szczycie najwyższy czas ruszać w dalszą drogę. Wszakże to nie koniec szczytowania na dziś. Nasza pętla od początku przewidywała jeszcze Chopok i Deresze, ale ponieważ mamy pewne niewielkie opóźnienie, nie jesteśmy pewni o realizacji planu w całości. Niemniej jednak na pewno idziemy na Chopok, a co będzie dalej zdecydujemy na miejscu. By nań dotrzeć musimy najpierw wrócić do Krupowej Przełęczy, by następnie kierować się szlakiem czerwonym na zachód. Od przełęczy wygodna ścieżka prowadzi kamiennym duktem po równym terenie, czyli idąc odpoczywamy. Cudownie 😃

Trawers
Za nami - Ďumbier i malusi krzyż na szczycie
Dalsza perspektywa
Obecnie zmierzamy spokojnym, pewnym krokiem na Demianowską Przełęcz, a na szlaku pojawia się coraz więcej ludzi. Oczywistym jest, że większość turystów wybiera graniówkę Chopok - Ďumbier (po wcześniejszym dostaniu się na Chopok kolejką), tak by uniknąć żmudnego podejścia od Doliny Demianowskiej, gdzie nie spotkaliśmy ani pół człowieka. Po upływie 40 minut osiągamy przełęcz i obserwujemy w dole przebyty przez nas szlak. Robi wrażenie 😃 Wzrok przyciąga także góra przed nami, czyli Konské.

Ludziki na przełęczy
Zygzak na Ďumbier
Demänovské Sedlo i Konské
Po chwili zadumy i głębokim hauście powietrza kontynuujemy wędrówkę czerwonym szlakiem. Wciąż trawersujemy zbocza górskie, co jest niezmiernie przyjemne. Ja oczywiście nie omieszkam co chwilę się odwracać i spoglądać na dostojny Ďumbier, tym bardziej że został przez nas okiełznany. Wtem zaczyna delikatnie kropić…

Demianowska Przełęcz i Ďumbier
Nowe spojrzenie na przebyta drogę
Z każdym krokiem zaczyna mocniej padać, co skłania nas do założenia kurtek i pokrowców na plecaki. Do celu zostało nam już naprawdę niewiele, a ja słabnę z każdą minutą. Oboje jesteśmy głodni i marzymy o dotarciu na szczyt. Mijamy wyciągi na południowych stokach Chopoka i dzielnie zdobywamy wysokość.

Już niedaleko…
Z czasem przestaje padać, a my docieramy wciąż nie na wierzchołek, ale na płaśń podszczytową. W każdym bądź razie jesteśmy między rotundą a schroniskiem. Spoglądamy na wierzchołek Chopoka i krętą ścieżkę nań prowadzącą. Morale zostają podbudowane, że to już prawie koniec, więc żwawym krokiem ciśniemy w górę. Idziemy tym szybciej, gdyż tuż nad nami wisi czarna, złowroga chmura, niezwiastująca nic dobrego. Po łącznie godzinie stajemy na szczycie Chopoka, zdobywając tym samy drugi dziś dwutysięcznik. Wykończeni, ale szczęśliwi podchodzimy do tabliczki szczytowej, by zapamiętać na długo ten dzień. I wtem zaczyna z nieba walić drobny grad… 

Na szczycie
Stacja kosmiczna na Chopoku
Rzut okiem na grzbiety, aż po najwyższy szczyt Tatr Niżnych
Na zachód Deresze
Na wierzchołku oczywiście nie zagrzaliśmy miejsca i czym prędzej spadamy w dół, wprost do Kamiennej Chaty, czyli schroniska tuż pod szczytem Chopoka. Wpadamy do środka głodni, a zarazem pełni obaw czy znajdziemy miejsce. Na szczęście czeka na nas wolny stolik, przy którym zostawiamy plecaki i niezwłocznie zamawiamy gorącą kapustnicę. Tego nam było trzeba!!! 

Chatka na 2000m n.p.m.
Po spałaszowaniu zupy z prędkością światła, zastanawiamy się co dalej. Plan pierwotny odrzucamy na wstępie ze względu na przebytą ilość kilometrów. Na Endo wybiło już 20km, a do tego pogoda jest niezbyt sprzyjająca. Wahamy się w zasadzie między trzema opcjami:
* pójść na Deresze, ale wrócić z powrotem na Chopok, po czym z buta w dół
* druga to Deresze + kolejka z Chopoka w dół
* albo odpuszczamy Deresze i schodzimy z Chopoka do samochodu pieszo
Wszystko oczywiście zależy od pogody, bo póki leje, to w grę wchodzi tylko kolejka – 3h łażenia w deszczu żadnemu z nas się nie uśmiecha. Spokojnie odpoczywamy w schronisku i czekamy, co też przyniesie nam los. I ot Ci właśnie ten los rozpędza chmury i ponownie wychodzi słońce. Zastanawiamy się jeszcze moment, po czym podejmujemy decyzję i opuszczamy budynek. 

Chopok i Kamienna Chata
Dzisiaj nie pójdziemy już na Deresze. Oboje zgodnie stwierdzamy, że pora wracać do domu, pora schodzić w dół. Odnajdujemy niebieski szlak, który według mapy poprowadzi nas zakosami przez ponad godzinę. Rozpoczynamy zejście stokiem północnym, na którym zalega jeszcze gdzieniegdzie śnieg i w zasadzie na tych odcinkach schodzimy sporo szybciej, a to z prostego powodu: ślizg na śniegu amortyzuje kolana 😉 Szlak jest niezwykle widokowy, w zasadzie z każdej strony znajdziemy coś interesującego, a teraz nawet wyłaniają się nieśmiało Tatry. Do tej pory ledwo było widać ich zarys, a w tej chwili śmiało prężą się przed nami. Jednym słowem jest w czym wybierać. 

Dereše, Poľana, Zákľuky i Bôr
Górskie wydmy, a w tle Wielki Chocz
Hipnotyzujące Tatry Niżne - od Ďumbiera grzbietem przez Konské, w dole Lukove Pliesko
Konský Grúň i Krakova hoľa
Zakosami pod kolejką
Tatry Zachodnie <3
Grzbiet Ostredoka, Demianowska Dolina i jezioro Liptowska Mara
Dzięki zacnym widokom droga mija zdecydowanie szybciej, ale pogoda jest niezmiernie upierdliwa. Ze schroniska ze względu na zimno wyszliśmy naubierani, by po chwili w promieniach słońca wrócić do wersji na krótki rękaw. Potem zaczyna znowu kropić - najpierw delikatnie, a z czasem coraz mocniej. Zastanawiamy się nad zarzuceniem kurtki, ale szybko ten pomysł odchodzi w zapomnienie, bo przestaje padać. I tak w kółko deszcz ma z nas ubaw, aż w końcu mamy ten deszcz gdzieś!
Po 45 minutach opuszczamy stok narciarski i kierujemy się na zachód wciąż niebieskim szlakiem. Szybko tracimy wysokość wędrując nieustannie zakosami, a pogodowo bez zmian: jak ściągam kondon z plecaka to zaczyna padać, jak zakładam to przestaje… zaraz zwariuję, really! 😡 Po 35 minutach dochodzimy do rozstaju zwanego Pod Orlou Skalou i dowiadujemy się, że czeka nas jeszcze 1h 45min do samochodu. Morale podupadają…
Kolejny odcinek to wędrówka odkrytym terenem wśród wymarłego drzewostanu, po czym ponownie wchodzimy w las. Znowu zaczyna padać i to tak na dobre, więc jesteśmy zmuszeni ubrać kurtki, a w dodatku musimy przeprawić się przez potok. Tak, dokładnie przez potok i na domiar złego straszy nas diabelska tabliczka 😜


„Jak nie chcesz spaść do potoku, to uiść opłatę za przejście” – skarbonka stała poniżej
Groźny mostek
Deszcz po chwili nieco ustaje, a szlak zaczyna prowadzić ponownie trasą narciarską. Wciąż jest duszno, przez co zaparzamy się w kurtkach, szkoda tylko że gdy je ściągamy, znowu zaczyna lać, a mnie powoli puszczają nerwy! Niech ta droga się już skończy…! W zasadzie dochodzimy do jakiś początków cywilizacji i szczerze marzymy o powrocie autobusem, ale ulica prowadzi okrężnie w prawo, a szlak jak na złość w lewo. Nie mając pewności, że jakikolwiek autobus złapiemy, podążamy dalej znakowaną drogą, wydobywając resztki sił. W końcu osiągamy Vrbické Pleso, skąd pozostała godzina marszu…

Vrbické Pleso i Chopok
Ostatni etap wędrówki czeka nas ścieżką przez las, a moje nogi idą od niechcenia. Jakby tego było mało po 20 minutach zaczyna padać deszcz i to dość intensywnie, lecz to nie koniec nieszczęść. Deszcz jedynie pogłębia mój pesymizm, ale kiedy tuż przed nami widzimy błysk i sekundę później rozlega się donośny grzmot, następuje atak paniki i szybka reakcja: RUN!!! Oczywiście wszystkie znaki na niebie wskazują, że nad nami właśnie szaleje burza, a my cali mokrzy mamy przed sobą jeszcze 40 minut marszu. Co robić?! Nagle po 5 minutach truchtu dostrzegamy małą wiatę i skrywamy się pod nią na czas donośnych grzmotów, tylko co dalej... Na postoju przepakowuję plecak i nasłuchuję. Po około 10 minutach zauważamy, że burza jakby się oddala, a pada również trochę mniej. Postanawiamy nie zwlekać i ruszamy żwawym krokiem. Oczywiście nogi bolą niemiłosiernie, ale staram się o nich nie myśleć. Teraz priorytetem jest uciec przed burzą, priorytetem jest życie. Za nami wciąż pobąkują grzmoty, a my odliczamy minuty do końca wędrówki. Kiedy zaczynamy słyszeć silniki samochodów wiemy, że jesteśmy blisko. Pętlę zamykamy na 30 kilometrze po 9,5h marszu, z kołatającym sercem.
Wracamy zimni i mokrzy na kwaterę, ścigając się jednocześnie z czasem, gdyż za 30 minut zamykają jedyny sklep w Demianowej. Tymczasem na miejscu zastajemy słońce, upał i ani jednego śladu po burzy. Szczęśliwi, ale wykończeni wbijamy na pokój. To był dzień pełen wrażeń. Dzień spełnionych marzeń, a zarazem obaw czy będzie okazja spełniać kolejne. Chyba nigdy się tak nie bałam w górach… Ale dziś dużo było również pozytywnych emocji i nie może ich przyćmić ta feralna końcówka. Dumbier jest tą górą, która pozwala się w sobie zakochać, no i ja się w nim zadłużyłam 😉 Mogę jedynie rzec do zobaczenia, bo że to nastąpi nie mam wątpliwości.

A.N.

27.05.2016


2 komentarze: