Trekking wśród zielonych wzgórz - Salatyn

W tym roku tak się jakoś szczęśliwie złożyło, że w maju przypadły dwa długie weekendy. Jako że pierwszy spędziliśmy rodzinnie w Beskidzie Śląskim i Żywieckim, na drugi mamy nieco ambitniejsze plany. Około roku temu niezmiernie zaintrygowały mnie Tatry Niżne i od tamtej pory kombinowałam, by tam zawitać. Zacierałam ręce, przebierałam nóżkami i w końcu nadszedł czas rozliczenia – teraz. Właśnie owej majówki zamierzamy odkryć to pasmo i chociaż mamy zaledwie 4 dni, chcemy zobaczyć jak najwięcej.
Kiedy wyjeżdżamy w czwartek, Bielsko żegna nas kroplami deszczu. Pięknie się zaczyna. Lekko niewyspani, ale pełni nadziei podążamy samochodem na Słowację i nagle zdarza się cud. Kiedy przekraczamy granice w Glince, chmury niespodziewanie się przerzedzają, a wprost w nasze oczy świeci słońce. No taką Słowację to ja lubię! 😃 Po 2,5h podróży docieramy do mieścinki Liptovská Lúžna, skąd będziemy rozpoczynać nasz pierwszy trekking w Tatrach Niżnych. Na szlak wyruszamy o godzinie 9:00 i początkowo drogą asfaltową zmierzamy w kierunku gór. A góry kuszą nas od samego początku zupełnie innym charakterem, niż dotąd znane nam pasma. 


Pierwsze spojrzenie na Niżne – masyw Prašivej
Pod chwili kończą się domostwa, a my kontynuujemy wędrówkę wśród polan i drzew. Wchodzimy w uroczą dolinę pomiędzy zielonymi wzgórzami, mieniącymi się w słońcu. W powietrzu czuć zapach wiosny, a wszechobecny maj wypełnia nasze płuca. Zapominamy również o porannych pogodowych niesnaskach. Tutaj żar leje się z nieba, ale nie śmiem narzekać na taki stan rzeczy. Dzielnie targam tobołek na plecach, ochoczo maszerując do przodu. 

Szlak czerwony
Zielone wzgórza - Tatry Niżne
Majowa sielanka
Szlak czerwony nieustannie prowadzi wzdłuż potoku Ráztočná, a my powoli wkraczamy w piętro lasu, czyli zbawiennego dla wędrówki cienia. Idziemy już godzinę, a naszej góry wciąż nie widać… Gdzie też się ona schowała? 😉 I tak wciąż szeroką, umiarkowanie wznoszącą się ścieżką, maszerujemy przed siebie. Po kolejnej godzinie wędrowania teren ponownie się odsłania iiii... oto pojawia się On - Salatyn we własnej osobie. I toć nawet intrygujący ten szczyt 😃

Salatín
Kolejny etap wędrówki to ścieżka prowadząca wśród zielonych, soczystych polan. Wszystko byłoby cudnie i miodzio, gdyby nie fakt iż szeroka droga, będąca szlakiem, jest rozjeżdżona przez sprzęt ciężki. Do tego dodam, że wczoraj nieźle dolało, co w efekcie daje wielkie, rzadkie i głębokie błoto… Jak możemy tak obchodzimy, czego skutkiem jest deptanie trawy na polanach, bo iść szlakiem się nie da! 

Szlak „brązowy”…
Po upływie 45 minut i tym samym dokładnym czasie z mapy docieramy na Ráztocké Sedlo. W sumie to albo nam drastycznie spadła kondycja, albo ichnie szlaki nie są zawyżone. Whatever… Wygłodniali znajdujemy kawałek pniaka, co by na nim posadzić dupska i zajadamy się kanapkami. Przed podejściem nam się należy 😉

Ráztocké Sedlo
Po porządnej przerwie i doładowaniu organizmu wodą oraz żarciem, możemy ruszać dalej. Na szczyt pozostaje nam 1h 25minut i patrząc na mapę, nie wygląda to dobrze - będzie ostro, będzie konkret podejście. W rzeczywistości wszystko się ładnie zgadza. Początkowo lasem liściastym, a następnie iglastym podchodzimy krok po kroku wzwyż (bardzo wzwyż!). Po około 15 minutach żegnamy się z piętrem reglowym i wychodzimy na odsłonięty teren. Pojawiają się przyzwoite widoki, ale naszą uwagę w całości przyciąga ścieżka prowadząca w górę dosłownie na krechę. Podłoże jest na tyle sypkie, że kamienie wprost uciekają spod nóg, a do tego jest mega gorąco, co pogłębia nasz wysiłek i wszystkie te czynniki skutecznie nas spowalniają. Dosłownie co kawałek zatrzymujemy się na łyka wody (raczej haust) i kontynuujemy to makabryczne podejście. No ale skoro teren odsłonięty i pojawiają się widoki, to tej optymistycznej wersji się trzymamy 😉

Bo Słowacja jest górzysta
Po godzinie walki teren nieco łagodnieje, a ścieżka wije się między kosówką. Czujemy że nieuchronnie nadciąga koniec wędrówki, gdy nagle niespodziewanie w tejże gęstwinie wyrasta tabliczka „Salatyn”. WTF?! To już?! A widoki?! Na szczęście nasze czujne oczy pamiętają, że na mapie wpierw odbijał szlak czerwony i dopiero za kawałek usytuowany był szczyt. No to my sru dalej zielonym i rzeczywiście po paru krokach wyłania się przed nami wierzchołek właściwy. Szczyt zdobyty! Pierwszy w Tatrach Niżnych! 

Przed-wierzchołek, czyli nie dajcie się zwieść fałszywej tabliczce
1630m n.p.m. zdobyte – wierzchołek właściwy!
Na Salatynie żywych istot brak, tak jak i na całej naszej trasie. Spokojnie siadamy na pachołku szczytowym w otoczeniu pachnącej kosodrzewiny i podziwiamy widoki. Wróć…! Coś chyba pomieszałam… Tu wcale nie było pachnącej kosodrzewiny, znaczy się kosodrzewina owszem i była, ale na szczycie unosił się intensywny zapach fekaliów. No więc w tych oto okolicznościach podziwiamy rozległą panoramę, po czym dość szybko schodzimy ze szczytu nieco niżej - na zbocze, gdzie już spokojnie możemy chłonąć i widoki, i powietrze 😉 Niestety w taki upał przejrzystość pozostawia wiele do życzenia i krajobraz jest zdecydowanie zamglony. Uroki maja.

Widok ze szczytu na wschód
Południe: Tatry Niżne – pasmo Prasivej
Południowy wschód: Pasmo Dumbierskie
Zachód: zamglona Wielka Fatra
Na zboczu najlepiej!
Po zasłużonym odpoczynku przychodzi czas na niechciane zejście, a niechciane z prostego powodu: wracamy tą samą ścieżką, co tu dotarliśmy. Nielubiana wersja niestety jest konieczna ze względu na dzień „przyjazdowy”, więc trasa nie może być przesadnie długa, a w przypadku Salatyna wszystkie pętle opiewały w granicach 25-30km, co na starcie je wykluczało. No i takim oto sposobem czeka nas to, co czeka. Początkowo drogę pokonujemy sprawnie, ale w końcu przychodzi czas na stromy odcinek. O ile w górę szło się całkiem całkiem, o tyle w dół jest miazga. Sypki grunt ucieka spod nóg ze zdwojoną siłą, co sprawia, że raz za razem podjeżdżamy. Kije nieco nas ratują, ale i tak jakoś szczególnie przyjemnie nie jest. Zamiast rozglądać się wokół i podziwiać urokliwe zbocza Salatyna, my gapimy się w ziemię… 

Salatyńskie zbocza
Po kilku ślizgach, kilkunastu przekleństwach i kilkudziesięciu krokach znajdujemy się ponownie na przełęczy. Nie mamy nawet powodów do narzekania, bo najgorszy odcinek zajął nam niespełna 40 minut. Bez zbędnych ceregieli idziemy dalej przez łąki, a im jesteśmy niżej tym jest bardziej gorąco. Niebawem ku naszemu zdziwieniu mijamy pierwszego dziś człowieka – Polaka na rowerze. Ostatni rzut oka na naszą zdobycz i znikamy w lesie. 

Salatyn
Leśny odcinek przebiega nadzwyczaj szybko i już po 40 minutach wychodzimy na sielankowe polany. Robimy chwilę przerwy i chłoniemy tę soczysta zieleń oraz gorące promienie słońca. Zresztą już dostrzegam, jak zmieniam kolor, zbliżając się do ideału flagi narodowej 😜

Słowackie Trzy Korony, czyli po prostu Magura
Zielone pastwiska, iglaste pagóry – sielanka!
Ostatni doskonale nam znany etap przebiega wygodną drogą, najpierw żwirową, a potem asfaltową, więc nic co mogłoby nam uprzykrzyć wędrówkę (no może poza upałem 😉). Spokojnym krokiem zmierzamy do samochodu, wciąż podziwiając okoliczne szczyty. Po magicznych 40 minutach meldujemy się na finiszu i wskakujemy w bardziej przystępne obuwie.

Ostatni odcinek przebiegał w takich oto okolicznościach
Dzisiejsza trasa okazała się być strzałem w dziesiątkę na zapoznanie z Tatrami Niżnymi. Pasmo okazało się puste i sielankowe, więc tylko rozochociło nasz apetyt. Teraz czeka nas przemieszczenie się do Liptowskiego Mikulasza, a konkretnie do miejscowości Demänová, gdzie zatrzymamy się na 3 noce. Tam nie pozostaje nam nic innego jak relaks przed jutrzejszą wędrówkąrzekłabym najważniejszą 😃

Pijacko-relaksacyjna ławka w Horal
Taki tam widok z balkonu
A ten przyłaził do nas codziennie, czego chciał…? Nie wiem 😜

A.N.

26.06.2016



6 komentarzy:

  1. chętnie poczytam jeszcze o Tatrach Niżnych, też je gdzieś mam na liście ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Salatyn jest taki "normalny", ale następna relacja będzie smakowita :D

      Usuń
  2. W Tatrach Niżnych jeszcze nie byłam, ale jak w końcu tam dotrę to chciałabym przejść całą grań. Gdzieś kiedyś wyczytałam, że te Niżne to takie Karpaty w pigułce :) Hasło bardzo zachęcające do odwiedzin. Czekam na ciąg dalszy. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podoba mi się to określenie i jest w nim sporo prawdy :)

      Usuń
  3. Też mnie ciągnie w Tatry Niżne, ale jeszcze muszą trochę poczekać na swoją kolej :) Ale teraz u Ciebie mogę już je nieco poznać :)
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na Słowacji to w ogóle jest się ciężko zdecydować na jakieś pasmo, tyle tego ;)

      Usuń