Trasa żyleta, czyli jak upiec kilka pieczeni na jednym ogniu [Caryńska, Rawki, Kremenaros]

Po udanej trasie na Tarnicę, Halicz i Rozsypaniec rozbudziły się nasze apetyty. Na kolejny dzień mamy zaplanowaną równie ciekawą pętlę, aczkolwiek analizujemy ją kilkakrotnie, czy aby nie przesadziliśmy z odległością i przewyższeniem. Mamy zamiar machnąć jednego dnia Połoninę Caryńską oraz Rawki i Krzemieniec. Sprawa wygląda następująco: albo dzielimy to na dwie wędrówki - krótsze albo i nawet za krótkie, albo robimy jednego hardcora. Hardcore obejmuje górską pętlę, wersja light niestety uwzględnia asfalt. Zgadnijcie co wybraliśmy… 😉
Pobudka 4:45. Urlop. O 6:00 odpalamy samochód i jedziemy na punkt startowo-końcowy: Przełęcz Wyżniańską. 15 minut później ruszamy na szlak, a dzień powoli budzi się do życia. 


Poranek
Na pierwszy ogień leci Połonina Caryńska, na którą czeka nas zaledwie godzina marszu, więc planowo mamy zamiar znaleźć się na grzbiecie o 7:15. Idziemy przez łąki i borówczyska, a szlak od początku prowadzi intensywnie w górę. Każdy zdobyty metr wpływa wprost proporcjonalnie na widoki za naszymi plecami, więc ogólnie nie narzekamy na podejście. O poranku na ścieżce turystów brak, jedynie zbieracze borówek buszują w trawie 😉

Wierch Wyżniański i Mała Rawka
Pasmo graniczne – Wielka i Mała Semenowa oraz Chresty
Połonina Wetlińska
Wielka i Mała Rawka
Po 30 minutach widokowej wędrówki docieramy do granicy lasu i tam znikamy, maszerując po wysokich stopniach. Mijamy się z dwoma schodzącymi wędrowcami, którzy informują nas, że na górze mocno wieje. Myślę sobie, owszem może na wschodzie wiało, ale nim my wyjdziemy to na pewno przestanie. Po 15 minutach ponownie wychodzimy na otwarty teren, tyle że tym razem z widokiem na grzbiet Połoniny Caryńskiej. Całkiem już blisko i całkiem przyjemnie. 

Połonina Caryńska
Czujemy lekkie podmuchy wiatru, także wciąż idzie się dobrze. Ostatni odcinek na grzbiet połoniny zajmuje nam 15 minut i oto tam wszystko staje się jasne. Poranne słońce cudownie ogrzewa nasze twarze, natomiast silny wiatr próbuje nas zdmuchnąć ze ścieżki. Cholera, trzeba migiem zakładać kurtki! 

Na zdjęciu pogoda igła, bo nie widać wiatru ;)
Teraz na spokojnie spoglądamy na szlakowskaz, który przewiduje na najwyższy szczyt połoniny zaledwie 10 minut. Aby zdobyć właśnie ten punkt, musimy się kawałek cofnąć w lewo. Na Połoninę Caryńską w zasadzie można dostać się ze wszystkich czterech stron, a jej powszechna dostępność oznacza również popularność. O porannej porze kompletnie tego nie czujemy, ale już na zejściu owszem. Bez zastanowienia ruszamy w drogę. 

W kierunku szczytu
Smagani wiatrem podążamy wąską ścieżką, która prowadzi nas ścisłym grzbietem. Co prawda Połonina Caryńska wita nas niezbyt gościnnie, ale z drugiej strony ta pogoda tworzy klimat. Ileż to razy słyszeliśmy o trawie głaskanej wiatrem, o podmuchach muskających policzki. Teraz tu jesteśmy i to dzieje się w tym momencie. To chyba nieodłączny element krajobrazu połonin… Tylko cisza, tylko my i tylko wiatr… Podczas wędrówki zerkamy w lewo na obie Rawki, które wyraźnie przyciągają nas do siebie. Jeszcze tego dnia mamy tam stanąć. Spoglądamy w prawo na zielone kopy Pasma Otryt, a przed nami nagle wyrasta pachołek szczytowy. Jesteśmy u celu. 

1297m n.p.m. z widokiem na Dwernik, Nasiczne i Otryt
Połonina Wetlińska
Przełęcz Wyżniańska oraz Wielka i Mała Rawka
W kierunku Tarnicy
Dolna tabliczka nasza
W sumie wędrówka zajęła nam zaledwie 1h 15min, więc nie odczuwamy potrzeby przerwy. Rozglądamy się raz jeszcze dookoła i korzystamy z posiadania całej połoniny dla siebie. Potem nie pozostaje nam nic innego, jak ruszyć grzbietem Caryńskiej. Oczywiście mamy zamiar przejść ją w całości i zakończyć wędrówkę w Ustrzykach Górnych. W zasadzie tam będzie początek kolejnej trasy, ale póki co skupiamy się na zapowiadanych 2h do miasteczka. Grzbiet nieustannie obfituje w widoki, a wędrowanie połoninami sprzyja również rozmyślaniu i zastanawianiu się nad życiem. Z każdym krokiem nachodzą mnie takie pozytywne przemyślenia, co tak naprawdę jest ważne. Góry dają mi nieopisaną wolność, zarówno ciała jak i umysłu, jednak mam wrażenie, że Bieszczady ofiarują to ze zdwojoną siłą. Z nostalgii wyrywa mnie świst wiatru gdzieś między policzkiem a kapturem oraz burczenie w brzuchu. Postój robimy na drugim rozstaju i zarazem punkcie widokowym.

Szlakiem przez połoninę
Za nami najwyższy punkt Caryńskiej
Przerwa śniadaniowa
Szczęśliwa
Widokówka na Rawki
Najbardziej cieszy mnie, że jesteśmy tu tylko we dwoje. Jest 8:00 rano, a my frywolnie dreptamy po górach. Nie ma nic piękniejszego niż śniadanie w porannych promieniach słońca… 
Po odpoczynku powoli zaczynamy tracić wysokość. Wędrujemy wciąż szlakiem czerwonym, a ścieżka jest niesamowicie wygodna. Żadnych problemów, trudności czy innych niedogodności. Dzięki temu mogę skupić się na czymś zupełnie innym. W zasadzie to nie mogę oderwać od tego zjawiska oczu i uszu. To ocean falujących traw daje nam prywatny koncert. Ten szum jest tak charakterystyczny, że gdy zamykam oczy pisząc tę relację wciąż go słyszę… 

Ocean falujących traw
Tracimy wysokość
Te wszystkie warunki, włącznie z mogłoby się wydawać uciążliwym wiatrem (który w zasadzie zrobił klimat), sprawiły że połonina nas zaczarowała. Osobiście jednak czuję niedosyt Caryńskiej, gdyż jest niebywale krótka. Nie ujmuje jej tym ani kawałka wyjątkowości, jednak można ją traktować jako ulgową wersję gór. My mamy wciąż mało i całe szczęście, że to nie koniec naszych wojaży na dzisiaj.
Kiedy zbliżamy się do granicy lasu pojawiają się pierwsi wędrowcy, a my z uśmiechami na twarzach opuszczamy grzbiet połoniny. Na początek czeka nas ostrzejsze zejście wzdłuż barierek, które niebawem przeradza się w szeroką leśną ścieżkę. Sporo turystów pyta z ciekawością, o której trzeba wyruszyć na szlak, aby już wracać, na co odpowiadamy zgodnie z prawdą – 6:20. Wygodnym czerwonym szlakiem docieramy do Ustrzyk Górnych o godzinie 9:30 i tam robimy postój na mały odpoczynek dla nóg. Po chłodnym wietrze nie ma śladu, a dzień zdecydowanie
należy do upalnych. Ku naszemu zaskoczeniu na parkingu wciąż jest sporo wolnych miejsc.
O 10:00 wracamy do gry 😃 Szybko odnajdujemy niebieskie znaki, zgodnie z którymi będziemy zdobywać szczyt Wielkiej Rawki. Najpierw jednak musimy pokonać 2,5 kilometra asfaltem, by po uiszczeniu opłaty kontynuować wędrówkę. 


Wielka Rawka – 2h 50min
Szlak na szczęście prowadzi lasem i jest to zdecydowanie zbawienne, ze względu na rosnącą temperaturę. Siły na asfaltowej, nagrzanej patelni drastycznie nam spadły, także teraz możemy nieco odetchnąć. Początkowo podążamy po równym terenie z naprawdę niewielkimi podejściami, a większość trasy pokonujemy po drewnianych podestach. Tempo mamy znakomite i dopiero po upływie 30 minut zatrzymujemy się na posiłek. Akurat pojawia się wiata przy szlaku, tak więc możemy spokojnie usiąść i delektować się ciszą. Ruch turystyczny jest całkiem spory i nie ma co się dziwić, kiedy właśnie teraz jest powszechna pora na wycieczki górskie. Dla nas to nowość, ponieważ zwykle jesteśmy już na szczycie, jednak chcąc upiec tyle pieczeni na jednym ogniu, musimy się przystosować do nowych warunków.

Leśny szlak
Miejsce do postoju wybraliśmy idealnie, gdyż po kilku krokach teren się wyostrza i odtąd nieprzerwanie prowadzi w górę. Szlak tnie na krechę zbocza Wielkiej Rawki, całe szczęście wciąż lasem. Jest chłodno, przyjemnie, ale wymagająco kondycyjnie, bardzo wymagająco. Dla nas oczywiście takie podejście nie jest żadnym wyzwaniem, ponieważ w Beskidach miewaliśmy gorsze, ale jak na Bieszczady uważam, że to jeden z najtrudniejszych kondycyjnie szlaków. Czas upływa nieubłaganie i kiedy wychodzimy na otwarty teren, dostrzegamy obelisk na Wielkiej Rawce, który wcale nie jest blisko. Nachodzą mnie czarne myśli i obawy, że nawet idąc dobrym tempem, nic nie nadrobiliśmy...

Szczyt po lewej
Teraz już kontynuujemy wędrówkę po otwartym terenie, a szlak ani na chwilę nie łagodnieje. Dodatkowo słońce wysysa z nas ostatnie pokłady energii. Kiedy nagle dostrzegam skupisko ludzi przy szlakowskazie nie dowierzam. Przyglądam się dokładniej i oto dostrzegam tabliczkę „Wielka Rawka 1304m n.p.m.” Spoglądam na zegarek, nie wierzę. Trasa przewidziana na 3h 30minut zajęła nam dokładnie 1h 55min! Patrzę na Bartka i prawie ze łzami szczęścia w oczach mówię: „Jesteśmy zajebiści!”. Siadamy na chwilę, by odpocząć i zaczerpnąć łyk wody. Spoglądamy z uśmiechem na Połoninę Caryńską – kto by pomyślał, że jeszcze 4h staliśmy na tamtym grzbiecie, a teraz jesteśmy tu. Jestem spokojna o czas, mogę po prostu patrzeć i głęboko oddychać. Czuję w sobie moc! 

Tam staliśmy 4h temu
Ustrzyki Górne i Pasmo Tarnicy
W kierunku Małej Rawki
Tam zmierzamy – Krzemieniec
Bieszczadzkie Wydmy
Z widokiem na Karpaty Ukraińskie
Po chwili ruszamy dalej. Wielką Rawką będziemy mieli jeszcze okazje się delektować, a teraz czas zdobyć kolejny szczyt. Zmierzamy na Krzemieniec, zwany również z węgierskiego Kremenaros i właśnie ta druga nazwa szczególnie przypadła mi do gustu 😊 Według tabliczek czeka nas 45 minut wędrówki, a szczyt i nań szlak jest doskonale widoczny z miejsca, w którym stoimy. Kremenaros jest punktem styku trzech granic: Polski, Słowacji i Ukrainy, i jest jednym z sześciu trójstyków na terenie naszego kraju. Dla mnie ma wartość dodatkową, ponieważ jest najwyższym szczytem słowackiego pasma Bukovské Vrchy, o tyle ważnym, gdyż małymi kroczkami kolekcjonuję Koronę Gór Słowacji. Wracając do wędrówki: na początek czeka nas zejście niebieskim szlakiem do przełączki rozdzielającej Wielką Rawkę i Krzemieniec. Zanim jednak tam dotrzemy, znajdujemy się na pasie granicznym Polski i Ukrainy. Szybkie foto i spadamy, bo strażnicy krzyczą na turystów poza szlakiem (nam udaje się zbiec przed burą 😜

Pas graniczny
Szlak odtąd prowadzi wzdłuż pachołków granicznych między jednym lasem a drugim. W samo południe nieco nas przypieka, a energia ulatnia się wraz z litrami wylewanego potu. Ostatnie 15 minut to podejście na Kremenaros i marzenie o odpoczynku w cieniu drzew z kanapką w ręku. Krzemieniec to nasz dzisiejszy punkt honoru i najdalszy cel wędrówki. Odtąd zaczniemy powrót właściwy. I tak oto po kwadransie stajemy na jego zalesionym szczycie, a 200m poniżej znajduje się granitowy słup, wskazujący punkt styku terytoriów państw i parków narodowych. Turyści na szczęście siedzą po bokach, więc spokojna moja głowa o zdjęcia. Najpierw zrzucam plecak i uzupełniam płyny, a potem sięgam po aparat. 

W drodze na Kremenaros
Tabliczka szczytowa
Trzy państwa, trzy zdjęcia
Kapsuła czasu po stronie ukraińskiej: otworzyć ją można dopiero 28 maja 2031r.
I jeszcze foto na granicy słowacko-ukraińskiej
Na Krzemieńcu odpoczywamy długo. Organizm zdecydowanie domaga się postoju, a i nogom też się należy chwila przerwy. Po około 45 minutach zbieramy się do dalszej wędrówki i powoli przyzwyczajamy mięśnie do ponownego wysiłku. Teraz czas na Wielką Rawkę po raz drugi. Pogoda wciąż dopisuje. 

Szczyt Kremenaros widoczny na powrocie
Zdobycie Rawki zajmuje nam dokładnie 35 minut, a tam zastajemy zgoła odmienne warunki pogodowe. Wciąż jest słonecznie, tyle że wiatr jakiś taki chłodny i przeszywający. Zarzucam kurtkę na plecy i siadam na ławce, obserwując krajobraz wokół. Szczyt jest znakomitym punktem widokowym, a niewielka połonina na jego wierzchołku jest zachowana w najbardziej naturalnym stanie w całych Bieszczadach. Niebawem ruszamy w kierunku obelisku, który podczas podejścia spłatał nam figla zapowiadając dłuższą wędrówkę. Położony jest on na grzbiecie Wielkiej Rawki, 2m poniżej szczytu. Idziemy szlakiem żółtym pośrodku lekko rudych połonin i urzeka mnie to miejsce jeszcze bardziej niż poranna Caryńska. Jest w tym krajobrazie coś nieskazitelnego, a zarazem niesamowicie bogatego estetycznie. Polska, Słowacja, Ukraina, wszystko na wyciągnięcie ręki, wszystkie pasma niczym wyspy pośród bieszczadzkiego oceanu. Muszę się tu wdrapać kiedyś o poranku. 

Mała Rawka w promieniach słońca
Szeroki Wierch, Tarnica i Bukowe Berdo
Grzbietem…
Pamiątkowe foto przy pozostałości wieży triangulacyjnej
Połonina Wetlińska i Mała Rawka
Podążamy wciąż żółtym szlakiem w kierunku ostatniego szczytu na dzisiejszej mocarnej trasie. To czwarta pieczeń serwowana na gorąco – Mała Rawka. Na początek niewielkie zejście szeroką ścieżką, a następnie wydawać by się mogło podejście. Tyle że w rzeczywistości żadnego podejścia nie ma i po kwadransie jesteśmy już na szczycie. Tam turystów jeszcze mniej, więc robimy zdjęcia i siadamy na chwilę pomedytować. Widok w zasadzie niczym nowym nas nie zaskakuje, no może poza perspektywą na Dział. 

Każda okazja, żeby posiedzieć jest dobra ;)
Niebawem ruszamy. Odtąd już tylko w dół. Zejście szlakiem zielonym przebiega niezbyt szeroką ścieżką po luźnych kamieniach i skalno-drewnianych stopniach. Wszystkiego tu po trochu i ludzi też. Nie brakuje również turystów idących w górę, ale w zasadzie co kto lubi (wszakże szczyty powoli pustoszeją). Po 5 minutach znikamy w lesie i odtąd w cieniu intensywnie tracimy wysokość. Czuję powoli obolałe stopy i pomimo, że buty są naprawdę wygodne, to kilometry robią swoje. Nie ma co ukrywać, jesteśmy zmęczeni i trasa do bacówki przewidziana na 30 minut zajmuje nam nieco więcej. Na miejscu spragnieni zimnego napoju odpoczywamy. Bacówka wyglądem przypomina mi tę na Rycerzowej, a w zasadzie chyba jest identyczna. Gospodarze bardzo mili, co dało się zaobserwować, kiedy po zamówienia wołali turystów po imieniu (wcześniej zapisanym). 

Bacówka pod Małą Rawką
Nie rozsiadamy się zbytnio, ponieważ do samochodu zostało zaledwie 15 minut wędrówki. Marzymy o zamknięciu pętli na Przełęczy Wyżniańskiej i pysznym obiedzie w Chacie Wędrowca. Ostatni odcinek przebiega po szerokiej drodze z niesamowitym widokiem na Połoninę Caryńską. Tam rozpoczynaliśmy nasz dzień, po drugiej stronie go kończymy. Te 26 kilometrów było pełne nostalgii i wysiłku, ale teraz jesteśmy szczęśliwi… 

Ostatnie metry na trasie
Przy samochodzie rozpiera nas duma. Tyle mieliśmy wahania i niepewności odnośnie wyznaczonej pętli, teraz wiem że niepotrzebnie. Owszem tytułowa trasa to kondycyjna żyleta, ale była najlepszym możliwym wyborem, jakiego mogliśmy dokonać. Caryńska uchyliła przed nami rąbek jesiennej aury, Rawki pokazały że w Bieszczady to nie tylko lekkie podejścia, a Kremenaros urzekł mnie swą dźwięczną nazwą. Z każdym dniem Bieszczady pochłaniają mnie coraz bardziej i boję się, że ta magia mnie opęta i będę nie do wyleczenia. Właściwie to wcale się nie boję, bo już za późno na antidotum. Serce owszem zostawiłam w Tatrach, ale duszę skradły mi Bieszczady… 

Mogłabym jak ta samotna jarzębina kołysać się na wietrze…
A.N.
04.08.2016
 


4 komentarze:

  1. Przy takiej pogodzie też bym cisnęła tę pętlę. Co tam, że potem nogi bym niosła pod pachą i klęła na czym świat stoi. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie! Takiej pogody grzech nie wykorzystać :)

      Usuń
  2. Jeśli lubicie całodzienne wycieczki polecam też bardzo trasę tzw. Bieszczadzkiej Koronki. Startując w Wetlinie szlakiem żółtym bądź zielonym wdrapujemy się na zalesiony Jawornik, dalej przez Paprotną z ładnymi polanami widokowymi, następnie Riaba Skała z przepięknym widokiem na stronę Słowacką. Później wędrówka praktycznie pustym szlakiem granicznym przez Czoło, Kamienną i Czerteż. W końcu dojście do Krzemieńca i prosto na Wielką i Małą Rawkę. Stamtąd Działem do Wetliny. Pełna pętla to ok. 35 km. Trasa nie ma oszałamiających widoków przez cały czas (sporo lasem), ale jest pięknie, spokojnie i zupełnie pusto (do Krzemieńca turystów można liczyć na palcach ręki). Przygoda fantastyczna :)
    ps. nazwa Kremenaros nie pochodzi z ukraińskiego, a z węgierskiego!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Propozycję trasy mam już w planach "na następny raz" ;) Dziękuję za uwagę, już poprawiam!

      Usuń