Szlakiem ku przeszłości, czyli wędrówka do źródeł Sanu

Trasy na urlop w Bieszczadach planowałam na kanapie, z laptopem na kolanach i mapą w ręku. Miejsce, w które dzisiaj docieramy nie było w naszych zamysłach, ale odwiedzenie torfowisk w Tarnawie skutkuje diametralną zmianą planów. Zamiast wędrówki na Jasło i Okrąglik, w ostatni pełnometrażowy dzień urlopu, ruszamy w najdalsze zakątki Podkarpacia – Worek Bieszczadzki. Worek to nic innego, jak najdalej wysunięty na południowy wschód fragment Polski. Kiedyś nie prowadził tu żaden szlak, więc dostanie się do „cypka” było wręcz niemożliwe, jednak w roku 2006 udostępniono go turystycznie jako ścieżkę przyrodniczą.
Kwaterę opuszczamy z samego rana, a poranek jest bardzo rześki. Wyobraźcie sobie, że mamy początek sierpnia, a aktualna temperatura wynosi 5°C. Czyż nie idealnie na przebudzenie organizmu…? 😉 Udajemy się znaną drogą w kierunku Mucznego, a dalej nieco gorszą do Tarnawy. Odtąd cokolwiek nas spotka będzie nowe i niespodziewane. I tak właśnie jest. Za torfowiskami ilość dziur w jezdni zwiększa się wprost proporcjonalnie do przebytych kilometrów, aż w końcu asfalt się kończy i jedziemy drogą żwirową. Nasza srebrna strzała sunie szutrem niczym na rajdzie Paryż-Dakar, by po 3 kilometrach dotrzeć na parking w Bukowcu. Tu kończy się droga i dalej można tylko na piechotę (lub ewentualnie kawałek rowerem). 


Parking w Bukowcu
Który obrać kierunek…?
Kiedy wysiadamy z samochodu panuje zupełna pustka i absolutna cisza. Na parkingu nie ma żadnego pojazdu i raczej nie spodziewamy się ich wielu. Podchodzimy do tabliczek i odnajdujemy biało-niebieską ścieżkę historyczno-przyrodniczą. Całość trasy wynosi 11km, a powrót jest wyłącznie tą samą drogą. Czasowo przewidziane jest na wędrówkę 3h 30minut, a jak będzie w rzeczywistości dowiemy się niebawem. Bukowiec, w którym obecnie się znajdujemy był kiedyś wsią licząca 663 mieszkańców. Zostali oni wysiedleni w 1946r., a wieś przestała istnieć. Kiedy człowiek sobie uzmysławia, jak pisała się historia na tych terenach to łezka kręci się w oku…
Po chwili uwagi przy tablicy edukacyjnej czas rozpocząć wędrówkę przez Dolinę Górnego Sanu. Będziemy podążać szeroką, szutrową-asfaltową drogą, dokładnie taką, jaką przed chwilą jechaliśmy samochodem. Już po kilku krokach zaczynamy odkrywać magię tego zakątka. 


Tajemnicze, a zarazem magiczne rozlewisko
Bezchmurne niebo nad naszymi głowami zapowiada piękny dzień, a słońce powoli „robi” temperaturę. Podczas marszu szybko się rozgrzewamy i niebawem zrzucamy okrycie wierzchnie. Szeroka droga prowadzi po równym terenie w otoczeniu drzew i kompletnie nie jest wymagająca. Już po chwili mijamy pierwszy pomnik historii, bliżej nieopisany. Po 15 minutach wychodzimy na rozległy, otwarty teren po jednej stronie z widokiem na góry, po drugiej na Ukrainę. Kto by pomyślał, że do drugiej wojny światowej był to najlepiej zagospodarowany fragment Bieszczadów. Dolina Górnego Sanu stwarzała dogodne warunki dla rolnictwa, a kolej transkarpacka sprzyjała rozwojowi przemysłu. W 1945r. tereny stanowiące jedność przecięła granica, zaczęły się walki z UPA i wysiedlenia Polaków. Tuż za granicą wciąż istnieją ukraińskie wsie, podczas gdy w Polsce pozostały tylko rozległe łąki i cisza. 

Droga z Bukowca
Z widokiem na góry
Przydrożny krzyż z 1888r.
Ścieżka pośród ciszy
Ścieżka w dalszym etapie nieco się zwęża, a my stąpamy już po naturalnej ziemi, a nie asfalcie. Po 30 minutach docieramy do nieistniejącej wsi Beniowa, gdzie zrobimy pierwszy postój. Najpierw jednak zwiedzamy cmentarz z kilkunastoma zachowanymi nagrobkami oraz czytamy od deski do deski tablicę informacyjną. Dowiadujemy się między innymi o stojącej nieopodal starej lipie, która przeszło 200 lat była świadkiem wydarzeń mieszkańców Beniowej. Wprawia nas to w głęboką refleksję. Zamykam oczy i wyobrażam sobie tętniącą życiem wieś, słyszę przejeżdżające wozy i odgłosy rzemiosła. Czuję jakbym zamykając oczy odbywała podróż do przeszłości. Kiedy je otwieram widzę tylko przyrodę, a jedyny hałas robi wiatr. 

Wejście na cmentarz
Nagrobki
Stara lipa…
Beniowa wywarła na mnie ogromne wrażenie i odtąd wędruje pogrążona w nostalgii. Niebawem ścieżka zdecydowanie się zwęża i przez krótki odcinek przebiega lasem. Po pokonaniu 1,5km wracamy na bitą drogę leśną i mijamy zabudowania BdPN nad potokiem Negrylów. Trasa jest dobrze oznakowana, a szlakowskazy są usytuowane przy każdym ważniejszym punkcie. 

Za Beniową
Dawny schron BdPN
Po 25 minutach docieramy do rozstaju z wiatą turystyczną i opuszczamy bitą drogę na poczet wąskiej, leśnej ścieżki początkowo po drewnianych podestach. Obecnie zmierzamy do Grobowca Hrabiny w miejscowości Sianki. Szlak prowadzi przez las świerkowy, by stopniowo ustępować miejsca wysokim trawom. Na otwartej przestrzeni podwójnie odczuwamy palące słońce, więc nieco przyspieszamy kroku. Kolejny odcinek to niewielkie zejście przez rozległą polanę, by po 25 minutach dotrzeć do ruin folwarku Stroińskich. Znajdujemy się bardzo blisko granicy państw, które w zasadzie oddziela tylko wąskie koryto Sanu.

Ścieżka
Po ruinach zostało niewiele ponad tą tabliczkę
Dalej idziemy wzdłuż Sanu, a Bartek zauważa, że ktoś się kręci w krzakach. Nieco niepokoi nas tenże fakt, ponieważ nie spodziewaliśmy się tu ludzi, a wręcz byliśmy przekonani, że nikt nie zapuszcza się w te rejony. Nie powiem, idziemy trochę z duszą na ramieniu, aż do momentu, kiedy za zakrętem dostrzegamy straż graniczną. Uff... kamień z serca, ale strachu to mi napędzili. Ja już w najczarniejszych scenariuszach spodziewałam się co najmniej zbiegów z karabinem. Głupia Ty!
Do cmentarza pozostaje nam 30 minut wędrówki, które w zasadzie ogarniamy w 20. Na miejscu znajduje się wspomniany już cmentarz z grobowcem Franciszka i Klary Stroińskich oraz tablica informacyjna. Dowiadujemy się między innymi, że nieistniejąca wieś Sianki w okresie międzywojennym była znanym ośrodkiem letniskowo-turystycznym. Tak jak inne osady w tych rejonach przestała istnieć po II wojnie światowej. 


Cmentarz z grobowcem Hrabiny
Grobowiec z bliska
Kolejnym celem na naszej trasie jest punkt widokowy na szczycie Wierszek o wysokości 871m n.p.m. Także nie tylko Dolina Sanu a również góry 😉 W ciągu 15 minut znajdujemy się na otwartej przestrzeni pełnej kontrastów. Po polskiej stronie zdziczałe łąki, las i brak żywej duszy, natomiast po stronie ukraińskiej spora osada (50 mieszkańców) z ruchliwą stacją kolejową, a po środku płytka dolina Sanu i ogrodzenie z drutu kolczastego. Smutny to widok i smutna ta nasza polsko-ukraińska historia. Idziemy jeszcze kawałek i zatrzymujemy się przy panoramie widokowej i edukacyjnej. Spoglądamy na ukraińskie Sianky, a na tablicy odnajdujemy kolejno nazwy gór i miejsc. 

Panorama ze wzgórza Wierszek
Sianky ze stacją transkarpackiej kolei
Karpaty Ukraińskie
Stąd do źródeł Sanu pozostaje 20 minut wędrówki. Znaki informują nas o poruszaniu się tylko wyznaczoną ścieżką ze względu na granice państwa, a my podążamy przez malownicze tereny Doliny Górnego Sanu. Na chwilę zatrzymuje się, by zrobić zdjęcie, ale również by przyjrzeć się temu nieskazitelnemu i naturalnemu krajobrazowi. Stoję w centrum zwyczajnej łąki, a czuję jakąś magiczną aurę. 

Czyż nie jest pięknie…?
Po 10 minutach marszu lasem docieramy do kresu naszej wędrówki. Dostrzegamy charakterystyczny obelisk, krzyż, słupki graniczne oraz tabliczkę „źródło 10m”. Oczywiście punkt ten jest tylko umownym źródłem Sanu, bo istnieje inne wyżej położone. Zaglądamy nań z ciekawością i widzimy taki mały, lichy strumyczek. Rzucamy plecaki w cieniu i podchodzimy przyglądnąć się z bliska ukraińskiemu obeliskowi. Cyrylicy nie znam, ale jakoś wszystko ładnie przeczytałam 😉 Co ciekawe do Przełęczy Użockiej jest stąd zaledwie kilkaset metrów, ale pokonanie ich jest nielegalne. Szkoda bo stamtąd wiedzie zielony szlak na szczyt Opołonek, który jest najdalej wysuniętym na południe punktem Polski. Po pamiątkowych zdjęciach rozsiadamy się pośród ciszy i samotności do śniadania. 

Umowne źródło Sanu
Pamiątkowe foto
Źródło Sanu o długości 444km, położone na wysokości 950m n.p.m.
(tu akurat przekłamanie, bo na 880) oraz długość i szerokość geograficzna
Wspólne
Kiedy po solidnym odpoczynku zbieramy się do drogi powrotnej, przybywa kolejny wędrowiec. Jak się okazuje mijaliśmy go rano samochodem, ale byliśmy przekonani, że to pracownik BdPN. Wymieniamy uśmiechy i serdeczności, a turysta łapie stopa. Tak właśnie, pyta nas czy aby nie wracamy w kierunku Ustrzyków Górnych i czy mógłby się ewentualnie przybrać. Nie umawiamy się jednak konkretnie, tylko że dogadamy się „gdzieś” na szlaku 😉
Wracamy tą samą ścieżką, nie mając do wyboru innej możliwości. Idziemy z jednej strony naładowani pozytywnymi emocjami, z drugiej nieco przygnębieni. Smutek nas napawa ze względu na historię i przeszłość tych terenów, a z drugiej strony iż to nasza ostania wędrówka przez Bieszczady. Jutro już kończy się nasz urlop - urlop pełen wrażeń, emocji i wachlarza doznań. Głęboko oddycham i z uśmiechem powstrzymuję kręcącą się w oku
łezkę.
W drodze powrotnej, od wzgórza Wierszek doznajemy szoku, ponieważ z każdym krokiem mijamy coraz więcej wędrowców. Do tej pory żyliśmy w przekonaniu, iż na pewno nikt nie dociera w te rejony, a tu proszę – tłumy. Najbliższą przerwę robimy na jednym z rozstajów w okolicach zacienionej wiaty, oczywiście w towarzystwie kilkunastu turystów. Tam też spotykamy naszego górskiego stopowicza i umawiamy się na parkingu w Bukowcu. 


Na rozstaju
Stąd droga powrotna zajmuje nam 1h 20min, ale wymaga nie lada wysiłku. Bezchmurne niebo i bezwietrzna aura w upał, wysysają z nas wszelkie pokłady energii, tak iż co kawałek wymagany jest postój na uzupełnienie płynów. Wędrówkę kończymy na 25 kilometrze na parkingu pełnym samochodów. Całość zajmuje nam 6h, więc aż o godzinę szybciej niż czas przewidywany.
Podróż przez Dolinę Górnego Sanu okazała się spacerową trasą godną polecenia każdemu. Ścieżka była pełna rzetelnych i ciekawych informacji, a przyroda przeplatała się tu z historią. Wymieniamy wrażenia, dyskutujemy o najlepszych punktach i dla mnie takim miejscem jest Beniowa. To ona dziś skradła mi serce. Ta rozległa cicha łąka, ta stara lipa i to wyobrażenie jak kiedyś tętniło tam życie. Tam można było po całości wczuć się w klimat. Jeśli ktokolwiek nie miałby siły pokonać 25km całej trasy, to musi podejść choćby tam – to zaledwie 6km w obie strony. Ten krótki spacer wystarczy, by dać się wciągnąć w wir przeszłości i refleksji. Worek Bieszczadzki to najdalszy zakątek Polski, w który każdy powinien się zapuścić. By znaleźć cisze, by rozbudzić emocje, by odnaleźć samego siebie…
Dla nas ta ostatnia wędrówka po Bieszczadach była niczym wisienka na torcie. Trasa nie była w planach, pojawiła się nagle i niespodziewanie, natomiast zostawiła odcisk w duszy. Jesteśmy naładowani energią, wiedzą i melancholią, a po tym urlopie góry już nigdy nie będą takie same…

A.N.

08.08.2016



2 komentarze:

  1. Ta łąka, te ścieżki, ta lipa... W pełni rozumiem zachwyt. Achh, czemu nie można się teleportować do tych zdjęć?!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama bym chciała w gorszy dzień się teleportować. Tam czas płynie zupełnie inaczej...

      Usuń