Tam gdzie nogi poniosą – Polski Grzebień

Kiedy dzwoni budzik jest jeszcze ciemno, ale niebawem wybije 6:00. Na początek raczę się kawą i śniadaniem, by potem w łazience robić się na górskie bóstwo. Gdy za oknem zaczyna świtać, naszym oczom ukazuje się morze mgieł na Słowacji. Chmury przelewają się nad Popradem oraz całą podtatrzańską kotliną, a czerwone słońce rozświetla wierzchołki Tatr Niżnych. Wiem, że to będzie dobry dzień. Wiedziałam to już wczoraj wieczorem…  

Dobré Ráno!
Kwaterę opuszczamy o 7:00, co by po ciemku nie łazić. Nie żebym się bała, ale szkoda mi tych porannych widoków, dopiero co jaśniejącego nieba i pierwszych promieni słońca. Jak się niebawem okazuje godzina wyjścia była strzałem w dziesiątkę. Jeszcze w Starym Smokowcu obserwujemy jak wschodzące słońce rozświetla na różowo masyw Sławkowskiego i Gerlachu. Widok jest miodem dla naszych oczu, a całe zjawisko wprawia nas w wyśmienite humory. Jest pięknie! 

Poranek w Smokowcu
Spektakl się zaczyna
Gerlach skąpany w pierwszych promieniach słońca
Żwawym krokiem idziemy przez centrum Smokowca póty, póki nie znajdziemy charakterystycznego grzybka i naszego szlaku. Dzisiejszy plan zakłada wędrówkę żółtym wariantem do Doliny Wielickiej, a dalej na ile warunki pozwolą, oczywiście z zamiarem zdobycia Polskiego Grzebienia i Małej Wysokiej. Wiadomo liczymy się także z możliwością odwrotu, ponieważ tak naprawdę nie wiemy, jak daleko szlak pozwoli nam piąć się w górę. Wiemy tylko tyle, że na wysokości około 1800m n.p.m. zaczyna się śnieg i tylko Bóg jeden wie, jak będzie wyżej. Czy będzie zagrożenie lawinowe, czy będzie ślisko, czy będzie przetarty szlak? Postanawiamy iść tam gdzie nas nogi poniosą, aż do momentu gdzie będzie bezpiecznie. Nie odrzucam możliwości przekroczenia granicy komfortu, ale tylko przy zachowaniu granicy zdrowego rozsądku.
Wracając do wędrówki znajdujemy się obecnie na wysokości 1030m n.p.m. i zakładając zdobycie zaledwie przełęczy Polski Grzebień musimy dostać się ponad 2x wyżej. Jak tego dokonać? Ano iść a nie gadać
😜

Stary Smokowiec – rozstaj
Tabliczki zapowiadają 2h marszu do Wielickiej Polany, a dalej… dużo więcej 😜 Nie zawracam sobie jednak zbytnio głowy tymi przerażającymi czasami i po prostu idę przed siebie. Znaczy się idziemy 😉 Początkowo szlak żółty prowadzi drogą jezdną przez Smokowiec, wijąc się między jednym apartamentowcem a drugim. Po około 10 minutach skręcamy w prawo, oddalając się tym samym od cywilizacji, ale wciąż podążamy asfaltówką. Słońce nie barwi już ośnieżonych szczytów na różowo, a w zamian pojawia się jesienny złoty krajobraz. Niedzielny poranek wręcz wymarzony. 

Droga z widokiem na Gerlach i Sławkowski Szczyt
Zamawiał ktoś jesień…? :D
Niebawem asfalt się kończy, a my kontynuujemy wędrówkę wąską ścieżką pośród traw i krzewów. Po naszej prawej wciąż góruje Sławkowski, podczas gdy po stronie lewej znajduje się rozległa Słowacja ze wszystkimi smakowitymi pasmami górskimi. Ja to w ogóle tym krajem jestem zachwycona. To niezbyt duże państwo zamieszkuje zaledwie 5 mln ludzi, a 61% jego powierzchni zajmują góry. No i jak Słowacja miała mi nie skraść serca, skoro to tak bardzo górski kraj…? Zresztą ja i tak czuje się tam jak w domu, i gdybym miała wybrać miejsce zamieszkania poza Polską to oczywiście byłaby to Słowacja 😌

Sławkowski Szczyt
Szlak z widokiem na Słowację i jej Tatry Niżne
Z biegiem czasu ścieżka robi się znacznie szersza i niebawem wkracza w piętro regla. Szlak nie jest wymagający, umiarkowanie wznosi się w górę, co przy naszym osłabieniu organizmu jest zbawienne. Gdy wchodzimy do lasu, robi się już całkiem magicznie. Jak się okazuje, cały obszar porośnięty jest przez modrzewie, które jesienią wyglądają fenomenalnie. Dla przypomnienia modrzew jest jedynym drzewem iglastym zrzucającym „ubranko” na zimę, a proces ten poprzedza zmiana koloru igieł na barwy takie, jak drzewa liściaste. Efekt jest niesamowity, ponieważ cały las połyskuje w złoto-pomarańczowych barwach, a zapach modrzewi niesie się wraz z wiatrem. Między ich chudymi konarami cały czas obserwujemy widok na południe.

Modrzewie <3
Złoty, iglasty las
Podtatrzańska Kotlina
Po upływie łącznie 1h 30minut docieramy do pierwszego rozstaju zwanego „Nad Zrubami”. Za nami już 400 metrów przewyższenia, a do Wielickiej Polany pozostaje 45 minut wędrówki. W tym miejscu również mijamy pierwszych wędrowców, a raczej oni nas 😉 W dalszym etapie szlak wciąż nie jest wymagający i po krótkim odcinku odkrytym terenem znikamy w lesie świerkowo-sosnowym. Idziemy w cieniu, pod osłoną koron drzew, które systematycznie zastępuje kosówka. Ścieżka jest dość wąska, a podłoże kamienno-korzenne, czyli raz pod nogami głaz, a raz korzeń drzewa 😉

Szlak korzenny
Po 40 minutach marszu zza kosodrzewiny wyłania się w końcu charakterystyczny Śląski Dom oraz jego surowe otoczenie. Niebawem docieramy do Wielickiej Polany, gdzie obowiązkowo strzelam parę zdjęć. Wszakże w Dolinie Wielickiej jesteśmy po raz pierwszy, więc wszystko jest nowe i warte uwagi. To właśnie jest fajne w dzisiejszej wędrówce – niezależnie dokąd dojdziemy, będzie to dla nas zakątek dotąd nieznany. 

Śląski Dom pod masywem Gerlachu
Za plecami Kralova Hola z masywu Tatr Niżnych w jesiennym otoczeniu
Ostatni kwadrans do schroniska jest niczym droga krzyżowa. Jesteśmy głodni, co oznacza, że kompletnie bez sił, więc pokonanie krótkiego i niewymagającego odcinka jest niczym wspinaczka w Himalajach. Miarowym tempem jakoś dogramolamy się do celu, a mi od razu poprawia się humor, kiedy znajduję się na mostku nad Potokiem Wielickim. Przystaję i podziwiam otoczenie Wielickiej Polany i muszę przyznać, że całkiem ładne to widoki 😃

Widok z mostku na Wielickie Pleso, Wielicki Wodospad i Wieczny Deszcz
Wielickie Garby i Granatowe Wieże
Po chwili oddechu rozglądamy się w poszukiwaniu miejsca do spożycia śniadania. Niestety musimy liczyć się z faktem, iż Śląski Dom nie jest typowym górskim schroniskiem tylko 3-gwiazdkowym hotelem, więc na próżno szukać tu jadalni dla turystów. Owszem jest bufet turystyczny, ale przeca nie wyciągniemy tam własnej herbaty. Miejsce jest o tyle skomercjalizowane, iż do hotelu prowadzi szeroka szosa, którą goście mogą przyjechać własnym samochodem, także nie zdziwcie się, że po dwóch godzinach butowania nagle widzicie pod budynkiem Mercedesa, Audi czy BMW. Niemniej jednak uważam, że Śląski Dom całkiem dobrze jest wkomponowany w górskie otoczenie i chociażby jego drewniana elewacja nie odstrasza. Nie krytykuję takiej infrastruktury w górach i w sumie jakby było mnie stać, to chętnie bym tam nockę spędziła 😉 Tymczasem wracając do rzeczywistości - my sobie siadamy na zewnątrz, na tarasie widokowym i opatuleni w czapki oraz rękawiczki posilamy się przed dalszą drogą. Pomimo iż świeci słońce, powietrze jest rześkie, a temperatura oponuje nieco powyżej 0°C. Chłodny wiatr niestety nie umila śniadania na świeżym powietrzu, także zaraz po posiłku postanawiamy ruszać dalej.

Śniadanie z widokiem
W kotlinie wciąż morze chmur
Hotel Śląski Dom i parkowisko
Po przerwie obieramy szlak zielony, którym odtąd będziemy podążać w kierunku Polskiego Grzebienia. Dokąd dotrzemy, czas pokaże. Najpierw czeka nas wędrówka prawym brzegiem Wielickiego Stawu, gdzie pojawiają się połacie nietopniejącego lodu. Odcinek pokonujemy sprawnie i ruszamy dalej – na próg Wodospadu Wielickiego. 

Velicke Pleso i Slezky Dom
Wielicki Wodospad, Wieczny Deszcz i Granatowe Wieże
Szlak prowadzi kamiennym duktem wśród kosodrzewiny i wciąż jest niewymagający. Pod nogami pojawia się naprzemiennie śnieg i lód, ale póki co w niewielkich ilościach. Żwawym tempem pokonujemy kolejne zakosy i nagle słyszymy niewielki huk. Docieramy do miejsca zwanego Wiecznym Deszczem, które swą nazwę zawdzięcza kapiącej wodzie niezależnie od pory dnia i roku. Jak się domyślacie w zimie woda zamarza tworząc sople, a te teraz pod wpływem słońca i dodatniej temperatury zaczynają topnieć i spadać z impetem wprost na szlak. Stąd ten huk. Wieczny Deszcz jest sporych rozmiarów nawisem skalnym i od razu widać, że jest to miejsce popularne do wspinaczki. Potwierdza to oczywiście liczne „żelastwo” powbijane w skałę, a ściana oferuje drogi trudne i wszystkie przewieszone (M6+ do M10-). Obecnie zastanawiamy się, jak by przejść ten 10-metrowy odcinek pod nawisem, tak żeby nie dostać żadnym soplem w łeb. Nic mądrego nie uradzimy i wyjście jest tylko jedno: odczekać od ostatniego upadku, popatrzeć w górę, a potem: RUN!!! Ścieżkę pokonujemy biegiem, raz po razie ślizgając się na zalodzonej powierzchni i tylko cudem unikając upadku. Uff… Jesteśmy bezpieczni 😉

Masyw Gerlachu, a po prawej kawałek nawisu
Wielicki Staw i Śląski Dom obserwowany z okolic Wiecznego Deszczu
Po 20 minutach osiągamy próg Wodospadu Wielickiego, a przed nami ukazuje się coraz bardziej zimowe otoczenie. Rozległa rówień zwana Wielickim Ogrodem, jest delikatnie pokryta śniegiem, natomiast masyw Gerlachu został wręcz oblepiony białym puchem. Taki efekt zawdzięczamy świeżemu opadowi śniegu, który miał miejsce przez kilka ostatnich dni. Wielicki Ogród największe wrażenie robi na przełomie wiosny i lata, kiedy roślinność jest w fazie kwitnienia. Obecnie późną jesienią możemy sobie wyobrazić połacie roślinności, ale nie tylko. Idąc ścieżką czujemy charakterystyczny zapach jakiegoś ziółka, który mnie osobiście przypomina rumianek. Aromat jest tak intensywny, iż czujemy go nawet przy zakatarzonych nosach. Takie to dziwy. 

Wielicki Ogród
Nad Potokiem Kvetnica z widokiem na Gerlach
Zbliżenie na Suchą Kopę
Granackie Baszty
Masyw Gerlachu
Taki malutki :)
Na szlaku panuje raczej mały ruch turystyczny, a mijają nas sami Słowacy. Wypatrujemy naszej przełęczy, ale na obecnym etapie wędrówki jeszcze jej nie widać. Po 30 minutach opuszczamy Wielicki Ogród i wciąż umiarkowanie pod górę dostajemy się do Zadniej Wielickiej Doliny. Zbliżamy się do ścian Gerlacha, a naszym oczom ukazuje się Długie Pleso. Ukazuje się również wąski szlak prowadzący zboczami Suchej Kopy, który pokryty jest już grubszą warstwą śniegu. Póki co jest jednak bezpiecznie, a wierząc mapie żadne lawiny tędy nie schodzą. Także spokojnie dreptamy - bez spiny czy przyspieszonego bicia serca. 

Zadnia Wielicka Dolina
Bajkowy krajobraz
Długi Staw mijamy do prawej stronie, a równa ścieżynka niebawem zaczyna piąć się intensywniej w górę. Zdecydowanie nie jest to mój najlepszy dzień na wędrówkę - nie jestem w pełni sił, ale dzielnie walczę i idę dalej. Obecnie wchodzimy na sporych rozmiarów śnieżne pole i jak wskazuje mapa, tu już owszem lawina może zejść. Oceniamy jednak racjonalnie grubość pokrywy i nie wygląda na to, by coś mogło się zsunąć. Bynajmniej nie chce się wymądrzać, bo specjalistą od lawin nie jestem, ale subiektywnie oceniamy ryzyko na znikome. Przekraczamy jednak granicę wewnętrznego komfortu, bo na tej sporej otwartej przestrzeni, zaczyna mocniej hulać wiatr i robi się mała zadymka śnieżna. Przyspieszam kroku, by zejść z tego upierdliwego terenu, a zarazem założyć czapkę, która dotąd była zbędna. W końcu naszym oczom ukazuje się Polski Grzebień, a nas samych czeka najostrzejsze podejście dnia. Czas spiąć poślady. 

Długi Staw pozostaje w tyle
Król Gerlach we własnej osobie pod śnieżną kołderką
Śnieżne poletko
W rogu po prawej Polski Grzebień
Obecnie czekają nas dwa ostrzejsze odcinki w kopnym śniegu i mijanki ze schodzącymi z góry Słowakami. Na jednej z takich mijanek obrywam i to nie od przypadkowego turysty, ale od Bartka. Stoję na tyle blisko Niego, iż Narzeczony chcąc zrobić krok do przodu zahacza o mój piszczel, co nie jest takie zabawne, gdy dostaje się w piszczel ze skorupy w postaci Meindla i to jeszcze z kopyta w rozmiarze 47… Pamiątka na nodze ostała się po dziś dzień 😉 
Podczas wędrówki Bartek cały czas zerka na mnie, czy idziemy dalej, czy jest bezpiecznie, ale ja bez zawahania odpowiadam za każdym razem twierdząco. Pomimo, że kondycyjnie zdecydowanie nas spowalniam, to mam dziś zamiar zdobyć Polski Grzebień. Niebawem docieramy do łańcuchów, gdzie na chwilę przystajemy by złożyć kije, przytroczyć je do plecaka i założyć rękawiczki. Idziemy blisko skały skutej lodem, a pod nogami trzeszczy ubity śnieg. Bartek prowadzi, a ja dzielnie podążam za nim - spokojnie, bez paniki, na wyjątkowym luzie (co w moim przypadku nie zawsze jest oczywiste 😉). Połowę żelastwa mamy już za sobą, kiedy docieramy do niewielkiego kominka tuż pod przełęczą. 

Realia na szlaku
Na chwilę przystajemy, ponieważ Bartek ślizga się na łańcuchu i tym samym nie może pokonać kominka. Damn it! Czyżby to koniec marzeń…? Na prowadzenie wychodzę ja i mocno zapierając się o skałę wychodzę na górę. Jeszcze tylko dwa łańcuchy, trawers blisko skały i staję na Polskim Grzebieniu!!! Bartek w międzyczasie zmienia rękawiczki z polarowych na rowerowe i niebawem dołącza do mnie. Oboje stajemy na 2200m n.p.m. i jesteśmy cholernie szczęśliwi !!! 

Moc, petarda, ogień!!!
W zasadzie dzisiaj w Tatrach przekroczyliśmy pewną granicę, ponieważ w zimowych warunkach tak wysoko nasza noga nie postała. Dotąd śniegu uświadczyliśmy jedynie w Zachodnich albo w dolinach, więc radość jest tym większa. Ba! Jesteśmy z siebie dumni, a uśmiechom nie ma końca. Nie powiem, że było banalnie i cacy, trzeba było jednak mocniej się skupić i włożyć więcej wysiłku, ale najważniejsze, że obyło bez żadnych barier psychicznych. Wiadomo - głowa to podstawa.
Wybija godzina 13:00, a pogoda zdecydowanie się psuje. Na przełęczy znika słońce i zaczyna powiewać lodowaty wiatr. Oczywiście plan o zdobyciu Małej Wysokiej poszedł już dawno w zapomnienie i jedyne co teraz nas czeka to powrót tą samą drogą. Początkowo były zamysły o zejściu Doliną Białej Wody, jednak po przeanalizowaniu panujących warunków od razu szliśmy z zamiarem powrotu Wielicką. Trasę na „przełaj” odbędziemy innym razem
😉 
Polski Grzebień przez moment dzieliliśmy z trójką Polaków, którzy zeszli z Małej Wysokiej, a teraz jesteśmy już tylko we dwoje. Podziwiamy z przełęczy przebytą przez nas Dolinę Wielicką, spoglądamy na Gerlach, Wielicki Szczyt i Małą Wysoką, a także obserwujemy stronę północną – Zmarzły Staw, Rohatkę czy Orlą Perć. Trzeba przyznać, że panorama jest zacna i niezmiernie cieszy nasze oczy. 

Gerlach chowa się w chmurach
Litworowy Szczyt oraz Wielicki Szczyt
Hruba Turnia, Młynarz oraz Świnica, Kozi Wierch, Granaty i masyw Wołoszyna
Zmarzły Staw, Spismichałowa Czuba oraz Szeroka Jaworzyńska
Dzika Turnia i Rohatka
Mała Wysoka
Zadnia Dolina Wielicka
Razem z charakterystycznym pachołem
Przejaśnia się :)
Wielicki Szczyt i księżyc
Na przełęczy popijamy herbatę, po czym naładowani pozytywną energią postanawiamy zbierać się w dół. Z chęcią byśmy sobie posiedzieli na Grzebieniu i zjedli upragnione kanapki, ponieważ jedziemy już na oparach, ale tu po prostu piździ, więc nie ma mowy o żadnym popasie. Do domu marsz!
Ruszam jako pierwsza i przy zaledwie drugim łańcuchu zatrzymuje się i natychmiast robię wycof. Niestety w dół buty nie trzymają się nawierzchni, więc wracam na przełęcz uzbroić się w raki. 


Pierwszy odcinek w dół musi poczekać na raki
W rakach czuję się już stabilnie i bezpiecznie, więc robię podejście (a raczej zejście) numer dwa. Teraz spokojnie wgryzam się w śnieg i trzymając łańcucha powoli schodzę w dół. Kominek idzie szybko, potem jeszcze klamra, kilka łańcuchów i stoimy na śnieżnym polu. Postój na ściągnięcie raków i ponowne rozłożenie kijów. 

W dół nieco trudniej
Staroleśny Szczyt, Granatowe Wieże i śnieżne poletko
Na zejściu zdecydowanie robi się zimno i nieprzyjemnie, a po słońcu, które towarzyszyło nam w górę, nie ma śladu. Błędem było ściągnięcie raków, ponieważ topniejący śnieg na podejściu teraz zaczyna zamarzać i tworzyć beton. Z kijami jednak dajemy radę i póki jest bezpiecznie kontynuujemy wędrówkę. O ile na szlaku w górę spotykaliśmy samych Słowaków, o tyle teraz z naprzeciwka podążają sami Polacy. Kiedy chowamy się ponownie za Suchy Kopiec na chwilę przystajemy, by uczcić wyjście i oblać Polski Grzebień, czyli jednym słowem wznieść toast wiśniówką. Robimy po dwa duże łyki i idziemy dalej. Oboje nagle mamy dziwne odczucia i spaczenie rzeczywistości, co oznacza, że owy trunek sowicie na nas podziałał, a to zapewne za sprawą pustych żołądków. Jednym słowem nabzdryngoliliśmy się tą wiśniówką i z lekka pijani schodzimy w dół. Tego jeszcze nie grali… 😵
Po godzinie opuszczamy Zadnią Dolinę Wielicką i ponownie witamy Wielicki Ogród oraz jego przyjazne progi. 

Zwalista Turnia i Rohata Wieża
Wielka Granacka Turnia, Dwoista Turnia, Wielka Granacka Baszta, Wielicka Baszta
W Dolinie Wielickiej jest znacznie cieplej, a wiatr jakby słabszy. Zewsząd widać i czuć odwilż, która skłania nas do ściągnięcia czapek. Niezmęczeni, ale jednak głodni cieszymy się z bliskości Śląskiego Domu i wizji spożycia tam śniadania. Póki co nieopodal szlaku Bartek zauważa kozice, a raczej całe ich stadko – sztuk dziewięć. Ja nie wiem, jak On to robi, że zawsze wyhaczy jakieś zwierzątko. Ja dopiero jak nadepnę (np. świstaka) to zauważę. No wstyd. 

Kamzikowa pora obiadowa
Niebawem docieramy do Wiecznego Deszczu, który obecnie oferuje tylko wodę bez lodowych niespodzianek, pokonujemy zakosy do Wielickiego Stawu i w totalu po 1h 50 minutach stajemy pod Śląskim Domem. Udajemy się do bufetu turystycznego, kupujemy herbatę i cichaczem wcinamy kanapki. W zasadzie nie wiem, czy można czy nie można, ale staramy nie rzucać się w oczy, gdyż żadne z nas nie chce jeść na zewnątrz. W bufecie jest cieplutko, ale herbata serwowana z miodem pozostawia nieco do życzenia. Przede wszystkim jest letnia i trochę słabo zaparzona, ale odkrywamy coś jeszcze. Herbata ta chyba jest przyrządzana z ziół rosnących w Wielickim Ogrodzie, bo jej smak ewidentnie przypomina zapach się tam unoszący. Czyżby rumianek?
Rozgrzani i z pełnymi brzuchami rozważamy jeszcze możliwości powrotu na kwaterę. Zastanawiamy się nad zejściem do Tatrzańskiej Polanki, skąd podjechalibyśmy elektriczką do Smokowca, ale uznajemy że wariant powrotu bezpośrednio do Smokowca znanym nam żółtym szlakiem jest zdecydowanie lepszą opcją. Przed nami około 2 godziny marszu. 


Good bye Dolina Wielicka
Bogatsza o wiedzę, jaka czeka nas droga w dół, przytwierdzam śmiało kije do plecaka i ruszam w kierunku Wielickiej Polany. Tam odbijamy w lewo i żółtym szlakiem pokonujemy kolejne kilometry. Im jesteśmy niżej, tym pogoda jest lepsza, a słońce wyśmienicie nas rozgrzewa. Droga do Smokowca nie dłuży się, a 2-godzinną wędrówkę umilają widoki na rude, modrzewiowe lasy. Wciąż nie mogę się na nie napatrzeć. O godzinie 17:00 docieramy do miasteczka i tak późnym popołudniem kończy się nasza niedzielna wędrówka. 

Żółty szlak
Kontrasty
Z widokiem na Sławka
Dzisiaj w górach była petarda i to jedno słowo chyba oddaje całą wyjątkowość trasy, miejsca, pogody i widoków. Tak naprawdę szliśmy na luzie, bez spiny zdobycia szczytu, bez zbędnych emocji – powoli do przodu, tam gdzie nogi nas poniosą i tam gdzie warun pozwoli wyjść. Dotarcie na Polski Grzebień miało w sobie moc i energię, a spektakularne widoki, tym bardziej potęgowały pozytywne emocje. Posiadaliśmy się z dumy ze zdobycia przełęczy, ale wiadomo pozostał również niedosyt, że nie posiedzieliśmy tam dłużej. Nie mniej jednak wracamy w doliny „z tarczą”, gotowi na kolejne podboje. Silniejsi i bogatsi w doświadczenie, a ja spokojniejsza i pewniejsza siebie. Wiem też, że wrócę na Polski Grzebień jak szybko się będzie dało, tak by zrealizować początkowy plan wędrówki, czyli dwie doliny, jedną przełęcz i jeden szczyt. Tak więc do zobaczenia…

A.N.

23.10.2016


4 komentarze:

  1. Super relacja:) i piękne zdjęcia <3
    mogę zapytać, jaką miejscówkę na nocleg macie w Smokowcu?;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! :) my zatrzymujemy się na kwaterze Privat Galfy - ceny przystępne, a warunki rewela! http://www.privat.galfy.sk/

      Usuń
    2. dzięki:) pozdrawiam:)

      Usuń
  2. Piękne te Tatry pokryte świeżym śniegiem. Taki warun zawsze robi niezłe wrażenie.

    OdpowiedzUsuń