Panna Młoda na szlaku

Ślub to takie ważne wydarzenie w życiu – dacie wiarę…? 😜 Sprawa jeszcze bardziej nabiera rozmachu, kiedy posiada się równie ważną życiową pasję i chce się jej przemycić jak najwięcej do tego wydarzenia. Nikogo nie zaskoczę, że u nas góry wiodą w życiu prym, więc nie wyobrażaliśmy sobie zrobić sesji ślubnej, gdzieś indziej aniżeli w górach. Cały sęk w tym, że na tym jednym incydencie nie poprzestaliśmy… W mojej głowie zrodził się pomysł, inspirowany fantastyczną sesją Karola Nienartowicza, który fotografował swoją żonę w Norwegii. My postanowiliśmy miodowy miesiąc spędzić w Polsce, aczkolwiek plan był równie ambitny, bo zakładał pokonanie 2400 km samochodem i około 150 kilometrów pieszo. Marzenie zostało spełnione i było dokładnie tak, jak sobie to wymyśliliśmy. Były trudne chwile, momenty zwątpienia, uśmiech, radość i przede wszystkim miłość… 

Just the way you are... (fot. Cinal Studio)
Dzień 1
Dzień, który rozpoczyna nasz „honeymoon”, to nic innego jak sesja ślubna z fantastycznem fotografem - CinalStudio, który zgodził się z nami pójść aż na 1945m n.p.m. nie mając pojęcia, jak będzie wyglądał szlak i czy tam w ogóle jest ładnie. To się nazywa zaufanie do klienta 😜 Nasz wybór na plener pada na Dolinę Hińczową, której zwieńczeniem jest oczywiście Wielki Staw Hińczowy, otoczony ścianą Mięguszowieckich Szczytów, Grani Koprowego i Grani Baszt. Pogoda jest idealna - bezchmurne niebo, rześkie powietrze, ośnieżone wierzchołki i całość otoczona jesienną, rudą aurą… Jednak nie wszystko jest takie piękne, jakim mogło by się wydawać. Naszą sesję ślubną rujnuje wiatr dujący z niebywałą prędkością, w podmuchach dochodzącą do setki. Ten dzień należał do bardzo ciężkich zarówno fizycznie, moralnie, jak i psychicznie. Wracamy z olbrzymim niedosytem i kilkoma kadrami, zamiast cieszyć się setkami ujęć z każdym pojedynczym żlebem i każdym źdźbłem suchej trawy. Ale powiem Wam jedno, to był piękny dzień i choćby dla tego jednego kadru warto było to robić !!! 💗


Dolina Hińczowa (fot. Cinal Studio)
Dzień 2
Łukasz nas opuszcza jeszcze dnia poprzedniego, a my od teraz rozpoczynamy cykl „Młoda na szlaku”, który w drugi dzień kontynuujemy w Tatrach. Pakuję sukienkę do plecaka i ruszamy do Zakopanego, skąd będziemy zdobywać kolejno Dolinę Gąsienicową, Liliowe, Beskid, by zakończyć wędrówkę na Kasprowym Wierchu (no plus jeszcze sturlanie się do Kuźnic 😉). Pogoda dopisuje w zasadzie od rana, jest ciepło i jak to jesienią bywa rześko. Wszystko wydaje się być idealne, aż do odcinka grzbietowego - od Liliowego aż po Kasprowy, gdzie miały mieć miejsce pierwsze kadry Panny Młodej. Niestety na Kasprowym wieje jeszcze bardziej, a ja nie mam ochoty wyskakiwać z ciepłych ciuchów na poczet zwiewnej sukienki. Jednak za stacją meteo sytuacja diametralnie się zmienia i niewielkie pole osłonięte od wiatru pozwala na kilka kadrów. Lawiruje wśród dziesiątek ludzi, wzbudzając zdziwienie i podziw, a wszystko dla skromnego efektu… 


Panna Młoda na Kasprowym !
Goryczkowe Czuby i Czerwone Wierchy
Melancholia
Dzień 3 / Dzień 4
Trzeciego dnia opuszczamy Tatry i suniemy na wschód Słowacji, by w Radoszycach ponownie znaleźć się na terenie Polski. Tak, właśnie znaleźliśmy się w Bieszczadach, tych co nastrajają duszę, tych co relaksują ciało, tych o których marzyłam jesienną porą. Pierwszy dzień pozwala nam jedynie na szybki trip na zachód słońca, jednak suknia na szlaku pojawia się dopiero nazajutrz, kiedy to ruszamy w Bieszczady Niskie, a konkretnie na Przełęcz Łupkowską. Wędrujemy po malowniczych terenach, opuszczonych wsiach i błotnistych szlakach, by finalnie wylądować przy słynnym tunelu i poskakać po łupkowskich torach. 


Przez polany w Łupkowie
Nózia na Przełęczy Łupkowskiej ;)
Dzień 5
Nieuchronnie przychodzi czas na Bieszczady Wysokie, a w zasadzie najwyższe. Udajemy się na Szeroki Wierch, potem Tarnicę, by w końcu podziwiać jesień na Bukowym Berdzie, które kradnie moje serce bezpamiętnie. O ile na Szerokim i Tarnicy uporczywie dokucza nam jedna, jedyna chmura na niebie, o tyle Krzemień i Bukowe rozpieszczają nas do granic możliwości. Góry toną w rudościach, więc pośród tych falujących traw zmieniam out-fit i od Przełęczy Goprowskiej dzielnie pokonuję szlak w sukni ślubnej. Były gratulacje, było zdziwienie, była w końcu radocha, z tego co robimy. Mój mąż dzielnie fotografował, ja dzielnie pozowałam, choć nie było łatwo, zważywszy na fakt, że w Bieszczadach zawsze wieje, a sukienki i włosy wiatru nie lubią 😉


Backstage
Młoda na Krzemieniu
Bukowe Berdo
Dzień 6
Kolejnego dnia zaczarowała nas Połonina Caryńska. Pomimo że był to nasz najkrótszy trip, to obfitował w cudne widoki, które nie tylko oferują Rawki i Połoninę Wetlińską, ale także Przysłup Caryński i otaczające go wzniesienia, a wszystko to pokryte ferią barw bieszczadzkich lasów. Grzbiet połoniny pokonuję w sukni, bo przecież Panna Młoda musiała się pojawić na szlaku 😉 Taki był cel, takie było motto, a my wkładaliśmy całe serce w to, by zdjęcia były jak najlepsze. To była ciężka praca... Zaliczamy oba szczyty Caryńskiej, odpoczywamy, czerpiemy z tego dnia, ile się da, po czym schodzimy do Przełęczy Wyżniańskiej i wracamy stopem do Ustrzyków. To był dobry dzień. 


Z widokiem na Rawki
Połonina Caryńska
Na szlaku...
Tymczasem pod suknią... ;)
Dzień 7
Naszą bieszczadzką wyprawę kończymy, w tym miejscu, gdzie ją rozpoczęliśmy, czyli na Połoninie Wetlińskiej przy słynnej Chatce Puchatka. Niestety problemy zdrowotne pojawiające się nieustannie ze względu na przewianie organizmu, nie pozwalają mi wskoczyć w suknię ślubną, ale bynajmniej nie żałuję. Tego dnia w górach pojawiają się aż trzy pary młode, a ja tam konkurencji nie lubię 😜 Przemierzamy złotą połoninę wśród szumu traw od Smereka, aż po Hasiakową Skałę i kończymy na Przełęczy Wyżniej, skąd również stopem wracamy do Wetliny. To był ostatni dzień w górach i choć nie do końca go doceniłam w trwającej chwili, to z perspektywy czasu wiem, że odnalazłam tam siebie. 


Połonina Wetlińska
Dzień 8 / Dzień 9
Kiedy opuszczamy Bieszczady czeka nas długa podróż. Mamy do pokonania aż 900 kilometrów, bowiem nasz szaleńczy pomysł zakłada miejsce docelowe jakim jest Łeba. Od 8:30 aż do 21:30 jesteśmy w trasie i kiedy przybijamy do portu, jakim stanie się dla nas przez najbliższe dni Przystań Resort jesteśmy wykończeni. Dopiero kolejnego dnia udajemy się nad morze, by tam przy jego szumie pojawiła się ponownie Panna Młoda. Nad Bałtykiem nie byłam 3 lata i kiedy poczułam powiew bryzy na policzkach, zrozumiałam, że nie tylko góry potrafią być lekarstwem dla duszy...


Na plaży...
Spacer przy szumie fal...
Dzień 10
Z pogodą nad polskim morzem bywa różnie i tak również jest jesienią, kiedy do południa mży, a po południu wychodzi słońce, lub wręcz odwrotnie. Nie przeszkadza nam to zupełnie w nadmorskich spacerach i pokonywaniu szlaków Słowińskiego Parku Narodowego. Sesja w porcie, przy falochronach, w duecie czy solo, to nieodłączny element naszych łebskich wędrówek. Nie brakuje romantycznych chwil, głębokich rozmyślań, czy zwyczajnych oddechów jodowanym powietrzem. Tak upływa dzień 10… 


Falochrony
Z Panem Młodym
Dzień 11
Dzień 11, a trzeci w Łebie jest punktem kulminacyjnym i jednocześnie główną atrakcją, dla której w zasadzie tu przyjechaliśmy. Słowiński Park Narodowy bowiem skrywa światowe dziedzictwo Unesco, jakim są ruchome wydmy. Tam udajemy się ostatniego dnia, by dokończyć nasze dzieło „Panna Młoda na szlaku” i tym samym udowodnić sobie, że marzenia nie spełniają się same – marzenia się spełnia. Docieramy na 31m n.p.m. – czyli na Górę Łącką, z której rozpościera się panorama na masyw wydmowy, jezioro Łebsko oraz Morze Bałtyckie. Ubieram sukienkę i sunę po tym delikatnym piasku, podziwiając jedyne takie miejsce w Polsce. Biorę głęboki wdech i jestem spełniona. Mogę wracać do domu… 


Romantyczna
Łobuziara
Razem z Wydmą Łącką
Dzień 12
I następnego dnia właśnie wracamy do domu. Pakujemy walizki do samochodu i kierujemy się na A1, która doprowadzi nas wprost do Bielska-Białej. Tam czeka nasz dom – „Home sweet Home”, jak zwykło się mawiać. Chowam sukienkę, która już nigdy nie powieje na wietrze, która dostatecznie wiele razy trzepotała smagana górskim powietrzem, o którą rozbijały się maleńkie ziarenka piasku. To było niesamowitych 12 dni – nasz honeymoon, początek reszty Naszego życia...


Na mieszkaniu :)


END



A.P.


Na szczyt z mapą WIT


Kiedy zaczynamy swoją przygodę z górami, wybór mapy wydaje się być czynnością banalnie prostą. Ot idziemy do sklepu, zabieramy z póki interesujące nas pasmo i możemy jechać w góry. Na rynku dostępnych jest jednak szereg różnych wydawnictw i w rzeczywistości wybór wcale nie jest tak łatwy, jak mogłoby się wydawać.
Na mapie najważniejsza, a niekoniecznie oczywista jest czytelność. Nie chodzi jednak o dobrą legendę, która również jest ważna, jednak o kolorystkę mapy, czyli cieniowanie ze względu na zróżnicowanie terenu. Otwierając mapę musimy od razu widzieć, gdzie jest las, gdzie polana, a gdzie turnia. Drugą cechą dobrej mapy jest aktualna i zróżnicowana siatka szlaków, co dla mnie oznacza nie tylko szlaki turystyczne, ale i drogi rowerowe, ścieżki przyrodnicze, historyczne oraz trasy narciarskie. Wszystkie te ważne cechy spełnia wydawnictwo WIT, które wydaje mi się wcale nie jest tak dobrze znane wśród turystów, ale jeśli ktoś raz na nie trafi, to na pewno przy nich zostanie. Tak też było i ze mną. 


Świetne cieniowanie + przekrój szlaków łatwych, trudnych i ubezpieczonych
Z chęcią korzystam w domu i na szlaku
W mapach WIT bardzo mi się podoba jasny podział na pasma oraz niezamykanie się tylko na szlaki polskie, a również przy pasmach granicznych uwzględnianie tras np. słowackich. Co więcej mapy produkowane są również w języku słowackim, a miałam okazję widzieć je na własne oczy w Tatrzańskiej Łomnicy. I wierzcie na słowo, że mało które wydawnictwa pozwalają sobie na takie szaleństwo 😉 Wydawnictwo WIT również jako jedyne na rynku podjęło się oznaczania szlaków według ich trudności. Trasy łatwe są standardowo oznaczane linią przerywaną, szlaki trudne oznaczane są kropeczkami, a ubezpieczone dodatkowo posiadają obramowanie/otoczkę. Wydawnictwo wszystkie punkty widokowe oznacza czerwoną „gwiazdką”, co pozwala szybko namierzyć ciekawe miejscówki. Na mapach znajdziemy wyraźnie opisy, wysokości oraz czasy przejścia, które są kluczowe przy planowaniu trasy. Kolejna świetna rzecz, jaką naniesiono na mapę, to kierunki zejścia lawin, co również pozwala zaplanować trasę, tak by unikać szlaków szczególnie zagrożonych. 

Czasy przejścia, rozstaje szlaków oraz lawiny w postaci czerwonych strzałek
Większość map WIT posiada plany głównych miejscowości, informator turystyczny oraz panoramy widokowe, dzięki czemu przy pierwszej wizycie możemy wybrać najciekawsze miejsca w regionie. W ofercie WIT możemy znaleźć mapy papierowe, jaki i foliowane, ja wybieram te drugie z racji częstego użytkowania i odporności na warunki atmosferyczne. 


Dodatkowo do każdego pasma górskiego wydawnictwo opracowało Przewodniki dla Łowców Krajobrazów, czyli serię panoram widokowych, które nie tylko pozwolą nam rozpoznać okoliczne szczyty, ale również lepiej nauczyć się topografii. Osobiście panoramki skradły moje serce i chętnie z nimi wędruję, szkoląc się przy tym na każdym kroku i chociaż czasem już nie są mi potrzebne, to i tak lubię siedzieć na szczycie i gapić się raz na widok, raz na opisy 😊 

Do wyboru do koloru
A tak korzysta się w górach
Nie zapominajmy, że przy wyborze mapy i przewodnika znaczenie ma również cena, a ta w Agencji Wydawnicznej WIT jest bardzo konkurencyjna, a pełną ofertę znajdziecie na ich stronie. Jeszcze tylko wspomnę, że WIT wciąż pracuje nad nowymi pozycjami, o czym świadczy niedawno wydana seria Beskid Śląski, jak i kolejne pozycje w planach. A teraz już przechodzę do rzeczy, co wydawnictwo ma w ofercie i jaki wpływ miały mapy na moje wędrówki 😃

BESKID ŚLĄSKI
Jak wspomniałam najnowsza pozycja w ofercie wydawnictwa, która memu sercu jakże bliska, z racji bliskości właśnie Beskidu Śląskiego w moim życiu i zamieszkaniu. Mapa rozciąga się od pasma Czantorii zahaczając również o Czechy i Pogórze Cieszyńskie, przez pasmo Baraniej, Skrzycznego, Klimczoka na Beskidzie Małym kończąc. Beskid Śląski pomimo że oblegany jest często niedoceniany, a posiada takie zakątki, że wow!, co potwierdza 37 panoram widokowych 



PIENINY
To niewielkie pasmo możemy pokonać z foliowaną mapą w skali 1:25000, obejmującą Pieniny Małe, Właściwe, Spiskie, a także Jezioro Czorsztyńskie. Mapa obejmuje stronę polską, jak i słowacką, dzięki czemu możemy lepiej poznać szczyty po drugiej stronie granicy. Warto zaznaczyć, że mapa jest polecana przez Podhalańską Grupę GOPR, Koło Przewodników PTTK oraz Pieniński Park Narodowy. Przy planowaniu tras możemy wspierać się Przewodnikiem dla Łowców Krajobrazów, który nakieruje nas na najbardziej widokowe miejsca, co wcale nie jest równoznaczne z najbardziej obleganymi.



BESKID SĄDECKI
Mapa pojawiła się w moim zbiorze z racji bliskości Pienin, czyli pasma pod drugiej stronie Dunajca i zakupiłam ją w pakiecie z przewodnikiem, zawierającym aż 44 panoramy, co tylko świadczy o walorach widokowych Beskidu Sądeckiego. Mapa obejmuje Pasmo Radziejowej, Pasmo Jaworzyny oraz słowacką część L'ubovnianska Vrchovina, a wszystko w skali 1:50000. Sielankowe krajobrazy i nieustanny widok na Tatry, to tylko niektóre zalety wędrowania sądeckimi szlakami.



GORCE (2w1)
WIT do mapy Gorców podszedł nieco inaczej i by zachować przyjemną skale 1:35000 podzielił pasmo na dwie oddzielne mapy – wschodnią i zachodnią. Akurat te mapy są papierowe, ale producent dorzuca foliowe etui, które ma zapewnić dodatkową ochronię w plecaku. Obie części zawierają informator turystyczny, panoramy oraz plany okolicznych miast. Mapy bogate w szlaki zarówno piesze, konne, rowerowe, jak i przyrodnicze, których na tych terenach nie brakuje. Dopełnieniem całości oczywiście jest 27 panoram widokowych w poręcznej książeczce.



BIESZCZADY (WYSOKIE i 2w1)
Jadąc w Bieszczady mamy do wyboru dwie pozycje – foliowaną mapę Bieszczadów Wysokich oraz papierową mapę 2w1 całości pasma. Obie pozycje są w skali 1:50000, są czytelne i zawierają sporo informacji, które pozwolą dokładnie zaplanować wędrówkę. My chociażby dzięki szczegółowym opisom trafiliśmy na Torfowiska do Tarnawy czy do Bieszczadzkiego Worka, a tereny te piękne, oj piękne 😊 Mapy możemy uzupełnić o panoramki, a w ofercie znajduje się także foliowana mapa Jeziora Solińskiego oraz niezbędnik turystyczny 3w1.



TATRY (2w1 i 3w1)
Na koniec zostawiłam wisienkę na torcie, czyli całą serię tatrzańską. Tutaj wydawnictwo WIT zaszalało z bogatą ofertą na każdej płaszczyźnie. W kwestii wyboru mapy mamy dwie możliwości ogólne, jak i kilka szczegółowych dotyczących konkretnych regionów:
- Foliowane mapy 2w1 w skali 1:25000 obejmujące Polskę i Słowację z podziałem na Tatry Wysokie oraz Tatry Zachodnie
- Papierowe mapy 3w1 w skali 1:20000 obejmujące stronę polską z podziałem na rejony: Tatr Wysokich, Czerwonych Wierchów oraz Dolin Kościeliskiej i Chochołowskiej
- Foliowana mapa Tatry Polskie Orla Perć w skali 1:5000
- Papierowa mapa Morskie Oko i okolice

Posiadam wszystkie pozycje z wyjątkiem Orlej Perci, ale najchętniej korzystam z map foliowanych 2w1, przede wszystkim ze względu na ich wytrzymałość oraz zakres mapy. Kolejną ciekawą opcją jest zakupienie „Schematów szlaków w Tatrach”, które zawarte są w mapach przestrzennych. Po co komu taka mapa? A no po to, żeby zobaczyć gdzie nas czeka podejście większe, gdzie wędrówka lasem, a gdzie po skalistym terenie. Oczywiście wszystkie te informacje znajdziemy również na mapie tradycyjnej, jednak dla początkującego górołaza forma przestrzenna jest łatwiej przyswajalna. Dopełnieniem całości są oczywiście panoramy widokowe podzielone na Tatry Polskie oraz Tatry Słowackie Wysokie. Trochę żal, że brakuje Słowackich Zachodnich, ale może kiedyś i one zagoszczą w ofercie. Tak się składa, że to mapy tatrzańskie najbardziej przypadły mi do gustu, właśnie poprzez oznaczenie trudności szlaku, dzięki czemu jako młoda, górska owieczka mogłam stopniowo zagłębiać się w trekkingowe czeluści. Bo ja z tych co powoli do góry… 😉


Oczywiście mogę zachwalać wszystkie mapy WIT, ale wiadomo każdy musi sprawdzić na własnej skórze, czy produkt mu podchodzi, czy też nie. Dlatego kupcie jedną mapkę, a potem podejrzewam, że już poleci 😉 Ja natomiast niezmiernie cieszę się z podjęcia współpracy z wydawnictwem, którego od dawna jestem fanką i że to właśnie WIT może gościć na łamach My Way To Heaven.
To kto rusza na szczyt na mapą WIT? 😉




A.N.

Zapomniane zakątki Słowacji – Magura Orawska

Z Magurą Orawską właściwie wiąże się całkiem ciekawa historia, bowiem szczyt ten intrygował nas od kiedy tylko zaczęliśmy jeździć w Tatry przez Słowację, czyli będzie już ze 4 lata. Początkowo była to góra całkiem nieznana, jednak niebywale charakterystyczna, co zawdzięcza wieży na wierzchołku świecącej niczym latarnia morska pośród otaczających ją oceanów pól. Tak mijały miesiące, a my wciąż zastanawialiśmy się, co to za wzniesienie. W końcu zaczęłam zagłębiać się w najdalsze czeluścia internetów i odkryłam, że ten oto szczyt to Magura Orawska, zwana również Magurką, a nazwa ta z pewnością jej nie wyróżnia spośród milionów innych Magurek. Wyróżnia ją natomiast aspekt charakterystycznej wieży i kiedy wiedzieliśmy już gdzie iść, zapragnęliśmy tam po prostu wyleźć. Mijały kolejne miesiące, ale napięty górski grafik wciąż nie przewidywał terminu zdobycia tego niepozornego szczytu. Usiadłam więc znowu nad mapą i zaczęłam analizować dostępne trasy. Wyklarował się całkiem solidny plan, więc pozostało nam czekać na dogodny termin. Termin nadszedł w roku 2017 i zaraz opowiem Wam od początku, jak z tą Magurką sprawa wygląda 😉

Tak nas ta Magura Orawska kusiła ;)
Magura Orawska położona jest w paśmie o tej samej dźwięcznej nazwie i wznosi się na wysokość 1107m n.p.m., dumnie dominując nad Jeziorem Orawskim i miejscowością Namestowo. Jej sylwetka jest charakterystyczna nie tylko ze względu na wybitność w kotlinie, ale także dzięki wspomnianemu przekaźnikowi telekomunikacyjnemu, usytuowanemu na jej szczycie. Tak więc Magurkę bez problemu dostrzeżemy zarówno w dzień, jak i w nocy. Na wierzchołek w zasadzie można dotrzeć aż z pięciu stron, jednak problem z zaplanowaniem trasy polegał na braku jakichkolwiek internetowych inspiracji. Czy ktoś tam w ogóle chodzi…? Finalnie skupiam się na szlakach w pobliżu jeziora i tak powstaje całkiem sympatyczny, aczkolwiek umiarkowany kilometrowo plan. Zgodnie z koncepcją o 8:00 rano docieramy do miejscowości Slanická Osada i szybko odnajdujemy początek żółtego szlaku.

Slanická Osada – startujemy
Znajdujemy się obecnie na wysokości 645m n.p.m., czyli do pokonania będziemy mieć około 450 metrów przewyższenia. Tabliczki na szczyt przewidują 2h marszu, więc czym prędzej ruszamy w drogę, a wędrówkę rozpoczynamy pośród mgieł i w temperaturze oponującej w okolicach 0°C. Narzucamy solidne tempo, które ma za zadanie nas szybko i skutecznie rozgrzać. Podążamy dość szeroką, bitą drogą początkowo łagodnie, by po chwili pojawiło się nieco ostrzejsze podejście. Jest na tyle długie, by nas rozgrzać, jednocześnie na tyle krótkie by nas nie zmęczyć. Tak oto znajdujemy się w lesie świerkowym, który owiany mgłami wygląda naprawdę tajemniczo. 

Szlak żółty
Tajemniczy las
Po około 15 minutach zaczyna coś się dziać i bynajmniej nic strasznego 😜 Wraz z upływem czasu znajdujemy się rzecz jasna wyżej, tym samym pozostawiając mgły za sobą. Niebo nad nami staje się szaro-niebieskie, a pierwsze promienie słońca nieśmiało przebijają się przez gęste chmury, tym samym rozświetlając krajobraz. Tajemniczy świerkowy las nagle staje się borem poprzecinanym setkami świetlnych laserów, a szare otoczenie szybko nabiera właściwych sobie kolorów. Słońce robi magiczny klimat, więc kolejny kilometr pokonujemy w nad wyraz ślimaczym tempie. Wchodzimy w przyrodę wszystkimi zmysłami, nie tylko patrząc, ale i wdychając ten charakterystyczny zapach drzew… 

Zaczyna się spektakl
Świerki na granicy światów
Słońce przedziera się przez mgłę
Świerkowa aleja – szlak żółty
Lasery
Kolejne lasery
Usłyszeć, zobaczyć, dotknąć i poczuć zapach lasu…
Kiedy rozpogadza się na dobre, a mgły rozstępują się niczym Morze Czerwone, możemy wreszcie iść bez przystanków. Szeroka bita droga wciąż prowadzi umiarkowanie w górę, a my przy tym w ogóle się nie męczymy. Słońce niesamowicie szybko ogrzewa powietrze i w końcu czuć, że mamy wiosnę. Po analizie mapy jesteśmy zdecydowanie nastawieni na leśną wędrówkę z kilkoma odsłoniętymi punktami, natomiast sam wierzchołek również nie nastraja na widoki. Dziś jednak nie ma to najmniejszego znaczenia, ponieważ najważniejsze że cała wędrówka jest dla nas podążaniem w nieznane, czymś kompletnie nowym, a instynkt odkrywcy jest dzisiaj w błogim zachwycie. 

Na co nam widoki, kiedy ja tak lubię las
Po łącznie 35 minutach docieramy do drogi asfaltowej, która będzie nam towarzyszyć przez najbliższych kilka kilometrów. Idziemy przed siebie zupełnie sami, nie mijając żadnych istot żywych, ale być może to ze względu na wczesną porę. Wciąż mam przeczucie, że później kręci się tu sporo miejscowych. Wtem z zamyślenia wyrywają nas 3 sarenki, które po krótkim spojrzeniu przebiegają nam drogę i znikają w lesie. Szkoda tylko że słaby refleks z wydobyciem aparatu nie pozwolił ich złapać w obiektywie. Po upływie kolejnego kwadransa docieramy do pierwszej widokówki, której cały czas wypatrywaliśmy. Kawałek białego placka na mapie nieuchronnie wskazywał, iż coś tu będzie widać, a tu wcale nie takie byle coś, tylko Tatry pośród morza chmur. Całkiem sympatyczna ta trasa 😉

Morze chmur i Tatry Zachodnie
Widoczność nie powala, ale bliskość Tatr zali wżdy intrygująca
Nasz kierunek
Czas ucieka zupełnie niepostrzeżenie, a my wciąż spacerowym tempem podążamy w górę. Naprzemiennie idziemy cieniem, bądź w promieniach słońca, a wiosenne powietrze w końcu pozwala nam ściągnąć czapki 😜 Pogoda dziś sprawdza się wręcz co do minuty, począwszy od porannych mgieł, po bezchmurne niebo w godzinach przedpołudniowych. Popołudniu podobno mają pojawić się na niebie cumulusy, ale kto by się tym przejmował, kiedy wokoło jest tak smakowicie. Zresztą ten zachwyt z obcowania z przyrodą nie wziął się tak zupełnie znikąd. Po 3 tygodniach górskiej posuchy każdy spacer nad poziomem morza jest wybawieniem od wszelkich miejskich problemów. Mam nadzieję, że dzisiejszy dzień rozpocznie pogodową passę i odtąd polecimy ze zdobywaniem szczytów niczym rozszalała burza 😉 Obecnie podążamy południowym stokiem Starej Góry, a nagły prześwit między drzewami pozwala nam zaobserwować szczyt Magury Orawskiej i jej nieodległe położenie.

W kierunku wierzchołka Magury Orawskiej
Zbliżenie na nadajnik
I pamiątkowe na szlaku
Po zaledwie kilkunastu krokach docieramy do rozstaju Prehaliny i zmieniamy szlak na niebieski, który doprowadzi nas wprost na szczyt Magurki. Co ważne stąd będziemy również rozpoczynać zejście alternatywną trasą do Namestova, tak by sobie maksymalnie urozmaicić dzień. Rozstaj jest całkiem widokowy – z jednej strony możemy rzucić okiem na Tatry, których zarys dzisiaj niestety nie powala, a drugiej nieźle prezentuje się Pilsko. Sprawdzamy ile czasu pozostało nam na szczyt, po czym ruszamy dalej. 

Rozstaj Prehaliny
Słowacki grzybek
Pilsko
Maszerujemy już nieco ponad godzinę, więc staje się to co nieuniknione – żołądek zaczyna dopominać się o jedzenie. Postanawiamy jednak dokulać się na szczyt i tam zrealizować wszystkie potrzeby. Po pokonaniu kilkuset metrów pośród gęstych świerków pojawia się całkiem przyzwoita widokówka na Namestovo, Jezioro Orawskie oraz Beskid Żywiecki, a zwłaszcza Babią Górę i Pilsko. Wiosna w dolinie kontrastuje z ośnieżonymi wierzchołkami najwyższych szczytów Beskidów, a jezioro pokryte jest delikatną warstwą mgły. Zaskakuje nas ta trasa bardzo pozytywnie takimi prześwitami. Niby ciągle „nudny” las, a jak pojawi się okno widokowe to takie konkret. 

Námestovo i Oravské Beskydy
Námestovo
Babia Góra i mgły na Jeziorze Orawskim
Niebawem szlak skręca zdecydowanie w lewo, a my wciąż spokojnie stawiamy kolejne kroki na asfalcie. Jest godzina 9:30, a na niebie zaczynają pojawiać się pierwsze białe obłoki. Idziemy wprost na szczyt Magurki, lecz siły powoli opadają. Wciąż jesteśmy nastawieni na posiłek na szczycie, gdy wtem po lewej stronie między drzewami dostrzegamy drewnianą altankę. Szybko przekonuję Bartka, że to idealne miejsce na śniadanie i nie zastanawiając się, czym prędzej zmierzamy w kierunku polany. Tutaj również jesteśmy sami, a z lasu dochodzą jedynie odgłosy ciętego drzewa. Ktoś tu jest, ale na pewno nie żaden turysta… Przerwa na „jedną bułkę” przeciąga się do dwóch i zupełnie niespiesznie odpoczywamy w promieniach słońca. 

Altanka przy szlaku
Z widokiem na szczyt
Po doładowaniu energii ruszamy w dalszą drogę. Stąd pozostało nam około 30 minut na szczyt, co jest bardzo optymistyczną wiadomością. Chcemy w końcu tę Magurę ujarzmić 😉 Wędrówka wciąż przebiega drogą jezdną aż do kolejnej krzyżówki zwanej „Pri Studnicky”. Na rozstaju w zasadzie nie jest zaznaczone ile konkretnie czasu pozostaje na szczyt, natomiast zgodnie z mapą nie będzie to więcej jak 10 minut. Żegnamy się w końcu z drogą jezdną na poczet leśnej ścieżki, która od razu pnie się ostro w górę. Krótkie, ale intensywne podejście daje nam namiastkę górskiego wysiłku fizycznego. 

Pri Studnicky
Przy studni :)
Tędy na szczyt
Ostatni odcinek mija naprawdę szybko, a między drzewami możemy dostrzec nie tylko nadajnik, ale również Tatry i Babią Górę. Przy lepszej widoczności panorama byłaby naprawdę smakowita, natomiast dziś musimy sobie pomagać wyobraźnią. Niebawem docieramy na szczyt, gdzie znajdziemy tabliczkę z wysokością oraz oczywiście charakterystyczną wieżę. Teren jest ogrodzony siatką, ale co ciekawe brama jest otwarta i wręcz nakłania, by wejść do środka. My jednak nie czujemy takiej potrzeby i zresztą mamy dziwne wrażenie, iż ktoś nas obserwuje z góry. Otoczenie trochę zakrawa o scenę z horroru, a opuszczone miejsce ma w sobie coś niepokojącego. A może to tylko umysł płata nam figla…? Robimy oczywiście pamiątkowe zdjęcia, ale na popas jakoś nie ma ani warunków ani ochoty. Postanawiamy, że przerwę zrobimy ponownie na polanie. 

Tuż pod szczytem
Widoczność nie powala, ale Tatry są!:)
Na szczycie cicho i pusto…
Opuszczona wieża
Pamiątkowe
Po sesji zdjęciowej i wygłupach powoli rozpoczynamy zejście, które aż do rozstaju Prehaliny będzie przebiegać tą samą trasą. Odcinek leśną ścieżką mija w oka mgnieniu, po czym składamy kije i zasuwamy asfaltem w dół. Wciąż jesteśmy zupełnie sami i chyba nie ma już mowy o spotkaniu kogokolwiek w tych rejonach. Coraz bardziej podoba mi się pasmo Orawskiej Magury 😃 Po około 25 minutach ponownie znajdujemy się na polanie i ponownie zmierzamy ku altance na błogie chwile relaksu. Tutaj cisza przeplata się ze śpiewem ptaków i zapachem świerków… 

Odpoczynek
Posiedzieliby?
Relaks można by przedłużać w nieskończoność, ale trzeba się w końcu ruszyć. Kontynuujemy marsz drogą jezdną i po kwadransie meldujemy się na rozstaju, skąd wciąż zacnie prezentuje się Namestovo i Beskid Żywiecki, z tym tylko wyjątkiem, że widać Jezioro Orawskie, które wcześniej było spowite mgłą. Ponownie leci seria zdjęć, po czym skręcamy w lewo na niebieski szlak. 

Babia Góra, Jezioro Orawskie oraz Namiestowo
Pilsko i Namestovo
Ścieżka początkowo prowadzi nas rozległą polaną, by za moment schować się w lesie. Zanim jednak tam dotrzemy, Bartek (jak zwykle Bartek 😉) dostrzega kilka fioletowych kwiatków tuż obok szlaku. Nie omieszkam odpuścić sobie mini krokusowej sesji, a szczerze powiedziawszy niebawem ta niewinna polanka może być całkiem pokaźnym fioletowym dywanem 😉 Tak czy inaczej czuć tę wiosnę już wszędzie.

Pierwsze tegoroczne :)
Pierwszy plan
Drugi plan
Jak wspomniałam tak się dzieje i po chwili znikamy w lesie. Szlak jest porządnie oznaczony, ale ścieżka jakby ledwo widoczna. Na ściółce leży pełno igieł i szyszek, co przy dużym ruchu turystycznym nie miałoby prawa bytu. Tutaj jednak jest zupełnie odwrotnie i jesteśmy przekonani, że zupełnie nikt nie zapuszcza się w te rejony. Ten las jest jakby dziewiczy i uznajemy, że właśnie zakłócamy jego spokój. Niesamowicie klimatyczny ten szlak… Magiczny… 

Ścieżka pośród świerków
To naprawdę jest szlak ;)
Po około 30 minutach wygodnego zejścia opuszczamy las i wychodzimy na widokową polanę. Dokładnie widzimy ile drogi nam zostało do mostu w Namestowie, natomiast problem zasadniczo jest jeden: gdzie u diabła tą polaną prowadzi szlak... Z kilku ścieżek wybieramy złą, ale widząc w dole wydeptane trawsko idziemy na przełaj. Instynkt włóczęgi nas nie zawodzi i faktycznie odnajdujemy niebieską farbę. 

Fajna ta sosna :D
No i gdzie teraz?
Zadowoleni z siebie i swojego sprytnego pomysłu podążamy z uśmiechem na ustach. Miasteczko w zasadzie jest już na wyciągnięcie ręki, gdy nagle przed nami wyrasta ogrodzona firma i dom niczym z serialu Dynastia. Ale gdzie jest do cholery szlak? Przecież jesteśmy tak blisko, a przed sobą do wyboru mamy płot lub skrawek ciasno ułożonych drzew wydający się nie do pokonania. Ciśniemy się więc w te drzewa, łamiąc pod butami gałązki, przeprawiamy się przez potok, a potem podążamy jakimś polem. Finalnie i szczęśliwie docieramy do drogi jezdnej, praktycznie tuż przy moście w Namestowie. A szlak? Na szlaku ktoś wybudował dom i ch… chodzić trzeba naokoło 😜 My tymczasem spoglądamy ostatni raz na góry i kierujemy się w prawo drogą 520. 

Diablak ponad taflą Jeziora Orawskiego
Magurka padła
W zasadzie byliśmy przekonani, że do samochodu będziemy zmuszeni wracać brzegiem wąskiej drogi, pozbawionej nawet pobocza. Gdy jednak zbliżamy się do ów jezdni, nagle spostrzegamy po lewej stronie schodki prowadzące do chodnika, położonego nieco poniżej asfaltówki. Deptak chyba nie jest zbyt często uczęszczany, ponieważ powoli zarasta go trawa, więc wnioskujemy, że raczej między miejscowościami turyści nie maszerują. Dla nas jest to wspaniała informacja, że zamiast drałować drogą, możemy bezpiecznie spacerować chodnikiem, a 3-kilometrowy odcinek mija tak szybko, iż nie zdołaliśmy się ani zmęczyć, ani ponarzekać 😉

Trotuar wśród świerków
Dzisiejszą trasę zaliczam zdecydowanie do spacerowych, niewymagających, wręcz lajtowych. Widoki może i pojawiają się sporadycznie, ale jak już są to konkretne, a przede wszystkim różnorodne. Szlak w większości prowadził przez cudowny świerkowy las, a gra świateł dziś robiła robotę. Absolutnie nie twierdzę, że trasa jak i szczyt są powalające, ale było naprawdę miło i cicho, a brak ruchu turystycznego jeszcze bardziej mnie przekonuje, by tam wrócić. Dla mnie osobiście Magura Orawska to taki zapomniany zakątek słowackich Beskidów, który ma w sobie szczyptę magii 😊

A.N.

25.03.2017