Na szczyt z mapą WIT


Kiedy zaczynamy swoją przygodę z górami, wybór mapy wydaje się być czynnością banalnie prostą. Ot idziemy do sklepu, zabieramy z póki interesujące nas pasmo i możemy jechać w góry. Na rynku dostępnych jest jednak szereg różnych wydawnictw i w rzeczywistości wybór wcale nie jest tak łatwy, jak mogłoby się wydawać.
Na mapie najważniejsza, a niekoniecznie oczywista jest czytelność. Nie chodzi jednak o dobrą legendę, która również jest ważna, jednak o kolorystkę mapy, czyli cieniowanie ze względu na zróżnicowanie terenu. Otwierając mapę musimy od razu widzieć, gdzie jest las, gdzie polana, a gdzie turnia. Drugą cechą dobrej mapy jest aktualna i zróżnicowana siatka szlaków, co dla mnie oznacza nie tylko szlaki turystyczne, ale i drogi rowerowe, ścieżki przyrodnicze, historyczne oraz trasy narciarskie. Wszystkie te ważne cechy spełnia wydawnictwo WIT, które wydaje mi się wcale nie jest tak dobrze znane wśród turystów, ale jeśli ktoś raz na nie trafi, to na pewno przy nich zostanie. Tak też było i ze mną. 


Świetne cieniowanie + przekrój szlaków łatwych, trudnych i ubezpieczonych
Z chęcią korzystam w domu i na szlaku
W mapach WIT bardzo mi się podoba jasny podział na pasma oraz niezamykanie się tylko na szlaki polskie, a również przy pasmach granicznych uwzględnianie tras np. słowackich. Co więcej mapy produkowane są również w języku słowackim, a miałam okazję widzieć je na własne oczy w Tatrzańskiej Łomnicy. I wierzcie na słowo, że mało które wydawnictwa pozwalają sobie na takie szaleństwo 😉 Wydawnictwo WIT również jako jedyne na rynku podjęło się oznaczania szlaków według ich trudności. Trasy łatwe są standardowo oznaczane linią przerywaną, szlaki trudne oznaczane są kropeczkami, a ubezpieczone dodatkowo posiadają obramowanie/otoczkę. Wydawnictwo wszystkie punkty widokowe oznacza czerwoną „gwiazdką”, co pozwala szybko namierzyć ciekawe miejscówki. Na mapach znajdziemy wyraźnie opisy, wysokości oraz czasy przejścia, które są kluczowe przy planowaniu trasy. Kolejna świetna rzecz, jaką naniesiono na mapę, to kierunki zejścia lawin, co również pozwala zaplanować trasę, tak by unikać szlaków szczególnie zagrożonych. 

Czasy przejścia, rozstaje szlaków oraz lawiny w postaci czerwonych strzałek
Większość map WIT posiada plany głównych miejscowości, informator turystyczny oraz panoramy widokowe, dzięki czemu przy pierwszej wizycie możemy wybrać najciekawsze miejsca w regionie. W ofercie WIT możemy znaleźć mapy papierowe, jaki i foliowane, ja wybieram te drugie z racji częstego użytkowania i odporności na warunki atmosferyczne. 


Dodatkowo do każdego pasma górskiego wydawnictwo opracowało Przewodniki dla Łowców Krajobrazów, czyli serię panoram widokowych, które nie tylko pozwolą nam rozpoznać okoliczne szczyty, ale również lepiej nauczyć się topografii. Osobiście panoramki skradły moje serce i chętnie z nimi wędruję, szkoląc się przy tym na każdym kroku i chociaż czasem już nie są mi potrzebne, to i tak lubię siedzieć na szczycie i gapić się raz na widok, raz na opisy 😊 

Do wyboru do koloru
A tak korzysta się w górach
Nie zapominajmy, że przy wyborze mapy i przewodnika znaczenie ma również cena, a ta w Agencji Wydawnicznej WIT jest bardzo konkurencyjna, a pełną ofertę znajdziecie na ich stronie. Jeszcze tylko wspomnę, że WIT wciąż pracuje nad nowymi pozycjami, o czym świadczy niedawno wydana seria Beskid Śląski, jak i kolejne pozycje w planach. A teraz już przechodzę do rzeczy, co wydawnictwo ma w ofercie i jaki wpływ miały mapy na moje wędrówki 😃

BESKID ŚLĄSKI
Jak wspomniałam najnowsza pozycja w ofercie wydawnictwa, która memu sercu jakże bliska, z racji bliskości właśnie Beskidu Śląskiego w moim życiu i zamieszkaniu. Mapa rozciąga się od pasma Czantorii zahaczając również o Czechy i Pogórze Cieszyńskie, przez pasmo Baraniej, Skrzycznego, Klimczoka na Beskidzie Małym kończąc. Beskid Śląski pomimo że oblegany jest często niedoceniany, a posiada takie zakątki, że wow!, co potwierdza 37 panoram widokowych 



PIENINY
To niewielkie pasmo możemy pokonać z foliowaną mapą w skali 1:25000, obejmującą Pieniny Małe, Właściwe, Spiskie, a także Jezioro Czorsztyńskie. Mapa obejmuje stronę polską, jak i słowacką, dzięki czemu możemy lepiej poznać szczyty po drugiej stronie granicy. Warto zaznaczyć, że mapa jest polecana przez Podhalańską Grupę GOPR, Koło Przewodników PTTK oraz Pieniński Park Narodowy. Przy planowaniu tras możemy wspierać się Przewodnikiem dla Łowców Krajobrazów, który nakieruje nas na najbardziej widokowe miejsca, co wcale nie jest równoznaczne z najbardziej obleganymi.



BESKID SĄDECKI
Mapa pojawiła się w moim zbiorze z racji bliskości Pienin, czyli pasma pod drugiej stronie Dunajca i zakupiłam ją w pakiecie z przewodnikiem, zawierającym aż 44 panoramy, co tylko świadczy o walorach widokowych Beskidu Sądeckiego. Mapa obejmuje Pasmo Radziejowej, Pasmo Jaworzyny oraz słowacką część L'ubovnianska Vrchovina, a wszystko w skali 1:50000. Sielankowe krajobrazy i nieustanny widok na Tatry, to tylko niektóre zalety wędrowania sądeckimi szlakami.



GORCE (2w1)
WIT do mapy Gorców podszedł nieco inaczej i by zachować przyjemną skale 1:35000 podzielił pasmo na dwie oddzielne mapy – wschodnią i zachodnią. Akurat te mapy są papierowe, ale producent dorzuca foliowe etui, które ma zapewnić dodatkową ochronię w plecaku. Obie części zawierają informator turystyczny, panoramy oraz plany okolicznych miast. Mapy bogate w szlaki zarówno piesze, konne, rowerowe, jak i przyrodnicze, których na tych terenach nie brakuje. Dopełnieniem całości oczywiście jest 27 panoram widokowych w poręcznej książeczce.



BIESZCZADY (WYSOKIE i 2w1)
Jadąc w Bieszczady mamy do wyboru dwie pozycje – foliowaną mapę Bieszczadów Wysokich oraz papierową mapę 2w1 całości pasma. Obie pozycje są w skali 1:50000, są czytelne i zawierają sporo informacji, które pozwolą dokładnie zaplanować wędrówkę. My chociażby dzięki szczegółowym opisom trafiliśmy na Torfowiska do Tarnawy czy do Bieszczadzkiego Worka, a tereny te piękne, oj piękne 😊 Mapy możemy uzupełnić o panoramki, a w ofercie znajduje się także foliowana mapa Jeziora Solińskiego oraz niezbędnik turystyczny 3w1.



TATRY (2w1 i 3w1)
Na koniec zostawiłam wisienkę na torcie, czyli całą serię tatrzańską. Tutaj wydawnictwo WIT zaszalało z bogatą ofertą na każdej płaszczyźnie. W kwestii wyboru mapy mamy dwie możliwości ogólne, jak i kilka szczegółowych dotyczących konkretnych regionów:
- Foliowane mapy 2w1 w skali 1:25000 obejmujące Polskę i Słowację z podziałem na Tatry Wysokie oraz Tatry Zachodnie
- Papierowe mapy 3w1 w skali 1:20000 obejmujące stronę polską z podziałem na rejony: Tatr Wysokich, Czerwonych Wierchów oraz Dolin Kościeliskiej i Chochołowskiej
- Foliowana mapa Tatry Polskie Orla Perć w skali 1:5000
- Papierowa mapa Morskie Oko i okolice

Posiadam wszystkie pozycje z wyjątkiem Orlej Perci, ale najchętniej korzystam z map foliowanych 2w1, przede wszystkim ze względu na ich wytrzymałość oraz zakres mapy. Kolejną ciekawą opcją jest zakupienie „Schematów szlaków w Tatrach”, które zawarte są w mapach przestrzennych. Po co komu taka mapa? A no po to, żeby zobaczyć gdzie nas czeka podejście większe, gdzie wędrówka lasem, a gdzie po skalistym terenie. Oczywiście wszystkie te informacje znajdziemy również na mapie tradycyjnej, jednak dla początkującego górołaza forma przestrzenna jest łatwiej przyswajalna. Dopełnieniem całości są oczywiście panoramy widokowe podzielone na Tatry Polskie oraz Tatry Słowackie Wysokie. Trochę żal, że brakuje Słowackich Zachodnich, ale może kiedyś i one zagoszczą w ofercie. Tak się składa, że to mapy tatrzańskie najbardziej przypadły mi do gustu, właśnie poprzez oznaczenie trudności szlaku, dzięki czemu jako młoda, górska owieczka mogłam stopniowo zagłębiać się w trekkingowe czeluści. Bo ja z tych co powoli do góry… 😉


Oczywiście mogę zachwalać wszystkie mapy WIT, ale wiadomo każdy musi sprawdzić na własnej skórze, czy produkt mu podchodzi, czy też nie. Dlatego kupcie jedną mapkę, a potem podejrzewam, że już poleci 😉 Ja natomiast niezmiernie cieszę się z podjęcia współpracy z wydawnictwem, którego od dawna jestem fanką i że to właśnie WIT może gościć na łamach My Way To Heaven.
To kto rusza na szczyt na mapą WIT? 😉




A.N.

Zapomniane zakątki Słowacji – Magura Orawska

Z Magurą Orawską właściwie wiąże się całkiem ciekawa historia, bowiem szczyt ten intrygował nas od kiedy tylko zaczęliśmy jeździć w Tatry przez Słowację, czyli będzie już ze 4 lata. Początkowo była to góra całkiem nieznana, jednak niebywale charakterystyczna, co zawdzięcza wieży na wierzchołku świecącej niczym latarnia morska pośród otaczających ją oceanów pól. Tak mijały miesiące, a my wciąż zastanawialiśmy się, co to za wzniesienie. W końcu zaczęłam zagłębiać się w najdalsze czeluścia internetów i odkryłam, że ten oto szczyt to Magura Orawska, zwana również Magurką, a nazwa ta z pewnością jej nie wyróżnia spośród milionów innych Magurek. Wyróżnia ją natomiast aspekt charakterystycznej wieży i kiedy wiedzieliśmy już gdzie iść, zapragnęliśmy tam po prostu wyleźć. Mijały kolejne miesiące, ale napięty górski grafik wciąż nie przewidywał terminu zdobycia tego niepozornego szczytu. Usiadłam więc znowu nad mapą i zaczęłam analizować dostępne trasy. Wyklarował się całkiem solidny plan, więc pozostało nam czekać na dogodny termin. Termin nadszedł w roku 2017 i zaraz opowiem Wam od początku, jak z tą Magurką sprawa wygląda 😉

Tak nas ta Magura Orawska kusiła ;)
Magura Orawska położona jest w paśmie o tej samej dźwięcznej nazwie i wznosi się na wysokość 1107m n.p.m., dumnie dominując nad Jeziorem Orawskim i miejscowością Namestowo. Jej sylwetka jest charakterystyczna nie tylko ze względu na wybitność w kotlinie, ale także dzięki wspomnianemu przekaźnikowi telekomunikacyjnemu, usytuowanemu na jej szczycie. Tak więc Magurkę bez problemu dostrzeżemy zarówno w dzień, jak i w nocy. Na wierzchołek w zasadzie można dotrzeć aż z pięciu stron, jednak problem z zaplanowaniem trasy polegał na braku jakichkolwiek internetowych inspiracji. Czy ktoś tam w ogóle chodzi…? Finalnie skupiam się na szlakach w pobliżu jeziora i tak powstaje całkiem sympatyczny, aczkolwiek umiarkowany kilometrowo plan. Zgodnie z koncepcją o 8:00 rano docieramy do miejscowości Slanická Osada i szybko odnajdujemy początek żółtego szlaku.

Slanická Osada – startujemy
Znajdujemy się obecnie na wysokości 645m n.p.m., czyli do pokonania będziemy mieć około 450 metrów przewyższenia. Tabliczki na szczyt przewidują 2h marszu, więc czym prędzej ruszamy w drogę, a wędrówkę rozpoczynamy pośród mgieł i w temperaturze oponującej w okolicach 0°C. Narzucamy solidne tempo, które ma za zadanie nas szybko i skutecznie rozgrzać. Podążamy dość szeroką, bitą drogą początkowo łagodnie, by po chwili pojawiło się nieco ostrzejsze podejście. Jest na tyle długie, by nas rozgrzać, jednocześnie na tyle krótkie by nas nie zmęczyć. Tak oto znajdujemy się w lesie świerkowym, który owiany mgłami wygląda naprawdę tajemniczo. 

Szlak żółty
Tajemniczy las
Po około 15 minutach zaczyna coś się dziać i bynajmniej nic strasznego 😜 Wraz z upływem czasu znajdujemy się rzecz jasna wyżej, tym samym pozostawiając mgły za sobą. Niebo nad nami staje się szaro-niebieskie, a pierwsze promienie słońca nieśmiało przebijają się przez gęste chmury, tym samym rozświetlając krajobraz. Tajemniczy świerkowy las nagle staje się borem poprzecinanym setkami świetlnych laserów, a szare otoczenie szybko nabiera właściwych sobie kolorów. Słońce robi magiczny klimat, więc kolejny kilometr pokonujemy w nad wyraz ślimaczym tempie. Wchodzimy w przyrodę wszystkimi zmysłami, nie tylko patrząc, ale i wdychając ten charakterystyczny zapach drzew… 

Zaczyna się spektakl
Świerki na granicy światów
Słońce przedziera się przez mgłę
Świerkowa aleja – szlak żółty
Lasery
Kolejne lasery
Usłyszeć, zobaczyć, dotknąć i poczuć zapach lasu…
Kiedy rozpogadza się na dobre, a mgły rozstępują się niczym Morze Czerwone, możemy wreszcie iść bez przystanków. Szeroka bita droga wciąż prowadzi umiarkowanie w górę, a my przy tym w ogóle się nie męczymy. Słońce niesamowicie szybko ogrzewa powietrze i w końcu czuć, że mamy wiosnę. Po analizie mapy jesteśmy zdecydowanie nastawieni na leśną wędrówkę z kilkoma odsłoniętymi punktami, natomiast sam wierzchołek również nie nastraja na widoki. Dziś jednak nie ma to najmniejszego znaczenia, ponieważ najważniejsze że cała wędrówka jest dla nas podążaniem w nieznane, czymś kompletnie nowym, a instynkt odkrywcy jest dzisiaj w błogim zachwycie. 

Na co nam widoki, kiedy ja tak lubię las
Po łącznie 35 minutach docieramy do drogi asfaltowej, która będzie nam towarzyszyć przez najbliższych kilka kilometrów. Idziemy przed siebie zupełnie sami, nie mijając żadnych istot żywych, ale być może to ze względu na wczesną porę. Wciąż mam przeczucie, że później kręci się tu sporo miejscowych. Wtem z zamyślenia wyrywają nas 3 sarenki, które po krótkim spojrzeniu przebiegają nam drogę i znikają w lesie. Szkoda tylko że słaby refleks z wydobyciem aparatu nie pozwolił ich złapać w obiektywie. Po upływie kolejnego kwadransa docieramy do pierwszej widokówki, której cały czas wypatrywaliśmy. Kawałek białego placka na mapie nieuchronnie wskazywał, iż coś tu będzie widać, a tu wcale nie takie byle coś, tylko Tatry pośród morza chmur. Całkiem sympatyczna ta trasa 😉

Morze chmur i Tatry Zachodnie
Widoczność nie powala, ale bliskość Tatr zali wżdy intrygująca
Nasz kierunek
Czas ucieka zupełnie niepostrzeżenie, a my wciąż spacerowym tempem podążamy w górę. Naprzemiennie idziemy cieniem, bądź w promieniach słońca, a wiosenne powietrze w końcu pozwala nam ściągnąć czapki 😜 Pogoda dziś sprawdza się wręcz co do minuty, począwszy od porannych mgieł, po bezchmurne niebo w godzinach przedpołudniowych. Popołudniu podobno mają pojawić się na niebie cumulusy, ale kto by się tym przejmował, kiedy wokoło jest tak smakowicie. Zresztą ten zachwyt z obcowania z przyrodą nie wziął się tak zupełnie znikąd. Po 3 tygodniach górskiej posuchy każdy spacer nad poziomem morza jest wybawieniem od wszelkich miejskich problemów. Mam nadzieję, że dzisiejszy dzień rozpocznie pogodową passę i odtąd polecimy ze zdobywaniem szczytów niczym rozszalała burza 😉 Obecnie podążamy południowym stokiem Starej Góry, a nagły prześwit między drzewami pozwala nam zaobserwować szczyt Magury Orawskiej i jej nieodległe położenie.

W kierunku wierzchołka Magury Orawskiej
Zbliżenie na nadajnik
I pamiątkowe na szlaku
Po zaledwie kilkunastu krokach docieramy do rozstaju Prehaliny i zmieniamy szlak na niebieski, który doprowadzi nas wprost na szczyt Magurki. Co ważne stąd będziemy również rozpoczynać zejście alternatywną trasą do Namestova, tak by sobie maksymalnie urozmaicić dzień. Rozstaj jest całkiem widokowy – z jednej strony możemy rzucić okiem na Tatry, których zarys dzisiaj niestety nie powala, a drugiej nieźle prezentuje się Pilsko. Sprawdzamy ile czasu pozostało nam na szczyt, po czym ruszamy dalej. 

Rozstaj Prehaliny
Słowacki grzybek
Pilsko
Maszerujemy już nieco ponad godzinę, więc staje się to co nieuniknione – żołądek zaczyna dopominać się o jedzenie. Postanawiamy jednak dokulać się na szczyt i tam zrealizować wszystkie potrzeby. Po pokonaniu kilkuset metrów pośród gęstych świerków pojawia się całkiem przyzwoita widokówka na Namestovo, Jezioro Orawskie oraz Beskid Żywiecki, a zwłaszcza Babią Górę i Pilsko. Wiosna w dolinie kontrastuje z ośnieżonymi wierzchołkami najwyższych szczytów Beskidów, a jezioro pokryte jest delikatną warstwą mgły. Zaskakuje nas ta trasa bardzo pozytywnie takimi prześwitami. Niby ciągle „nudny” las, a jak pojawi się okno widokowe to takie konkret. 

Námestovo i Oravské Beskydy
Námestovo
Babia Góra i mgły na Jeziorze Orawskim
Niebawem szlak skręca zdecydowanie w lewo, a my wciąż spokojnie stawiamy kolejne kroki na asfalcie. Jest godzina 9:30, a na niebie zaczynają pojawiać się pierwsze białe obłoki. Idziemy wprost na szczyt Magurki, lecz siły powoli opadają. Wciąż jesteśmy nastawieni na posiłek na szczycie, gdy wtem po lewej stronie między drzewami dostrzegamy drewnianą altankę. Szybko przekonuję Bartka, że to idealne miejsce na śniadanie i nie zastanawiając się, czym prędzej zmierzamy w kierunku polany. Tutaj również jesteśmy sami, a z lasu dochodzą jedynie odgłosy ciętego drzewa. Ktoś tu jest, ale na pewno nie żaden turysta… Przerwa na „jedną bułkę” przeciąga się do dwóch i zupełnie niespiesznie odpoczywamy w promieniach słońca. 

Altanka przy szlaku
Z widokiem na szczyt
Po doładowaniu energii ruszamy w dalszą drogę. Stąd pozostało nam około 30 minut na szczyt, co jest bardzo optymistyczną wiadomością. Chcemy w końcu tę Magurę ujarzmić 😉 Wędrówka wciąż przebiega drogą jezdną aż do kolejnej krzyżówki zwanej „Pri Studnicky”. Na rozstaju w zasadzie nie jest zaznaczone ile konkretnie czasu pozostaje na szczyt, natomiast zgodnie z mapą nie będzie to więcej jak 10 minut. Żegnamy się w końcu z drogą jezdną na poczet leśnej ścieżki, która od razu pnie się ostro w górę. Krótkie, ale intensywne podejście daje nam namiastkę górskiego wysiłku fizycznego. 

Pri Studnicky
Przy studni :)
Tędy na szczyt
Ostatni odcinek mija naprawdę szybko, a między drzewami możemy dostrzec nie tylko nadajnik, ale również Tatry i Babią Górę. Przy lepszej widoczności panorama byłaby naprawdę smakowita, natomiast dziś musimy sobie pomagać wyobraźnią. Niebawem docieramy na szczyt, gdzie znajdziemy tabliczkę z wysokością oraz oczywiście charakterystyczną wieżę. Teren jest ogrodzony siatką, ale co ciekawe brama jest otwarta i wręcz nakłania, by wejść do środka. My jednak nie czujemy takiej potrzeby i zresztą mamy dziwne wrażenie, iż ktoś nas obserwuje z góry. Otoczenie trochę zakrawa o scenę z horroru, a opuszczone miejsce ma w sobie coś niepokojącego. A może to tylko umysł płata nam figla…? Robimy oczywiście pamiątkowe zdjęcia, ale na popas jakoś nie ma ani warunków ani ochoty. Postanawiamy, że przerwę zrobimy ponownie na polanie. 

Tuż pod szczytem
Widoczność nie powala, ale Tatry są!:)
Na szczycie cicho i pusto…
Opuszczona wieża
Pamiątkowe
Po sesji zdjęciowej i wygłupach powoli rozpoczynamy zejście, które aż do rozstaju Prehaliny będzie przebiegać tą samą trasą. Odcinek leśną ścieżką mija w oka mgnieniu, po czym składamy kije i zasuwamy asfaltem w dół. Wciąż jesteśmy zupełnie sami i chyba nie ma już mowy o spotkaniu kogokolwiek w tych rejonach. Coraz bardziej podoba mi się pasmo Orawskiej Magury 😃 Po około 25 minutach ponownie znajdujemy się na polanie i ponownie zmierzamy ku altance na błogie chwile relaksu. Tutaj cisza przeplata się ze śpiewem ptaków i zapachem świerków… 

Odpoczynek
Posiedzieliby?
Relaks można by przedłużać w nieskończoność, ale trzeba się w końcu ruszyć. Kontynuujemy marsz drogą jezdną i po kwadransie meldujemy się na rozstaju, skąd wciąż zacnie prezentuje się Namestovo i Beskid Żywiecki, z tym tylko wyjątkiem, że widać Jezioro Orawskie, które wcześniej było spowite mgłą. Ponownie leci seria zdjęć, po czym skręcamy w lewo na niebieski szlak. 

Babia Góra, Jezioro Orawskie oraz Namiestowo
Pilsko i Namestovo
Ścieżka początkowo prowadzi nas rozległą polaną, by za moment schować się w lesie. Zanim jednak tam dotrzemy, Bartek (jak zwykle Bartek 😉) dostrzega kilka fioletowych kwiatków tuż obok szlaku. Nie omieszkam odpuścić sobie mini krokusowej sesji, a szczerze powiedziawszy niebawem ta niewinna polanka może być całkiem pokaźnym fioletowym dywanem 😉 Tak czy inaczej czuć tę wiosnę już wszędzie.

Pierwsze tegoroczne :)
Pierwszy plan
Drugi plan
Jak wspomniałam tak się dzieje i po chwili znikamy w lesie. Szlak jest porządnie oznaczony, ale ścieżka jakby ledwo widoczna. Na ściółce leży pełno igieł i szyszek, co przy dużym ruchu turystycznym nie miałoby prawa bytu. Tutaj jednak jest zupełnie odwrotnie i jesteśmy przekonani, że zupełnie nikt nie zapuszcza się w te rejony. Ten las jest jakby dziewiczy i uznajemy, że właśnie zakłócamy jego spokój. Niesamowicie klimatyczny ten szlak… Magiczny… 

Ścieżka pośród świerków
To naprawdę jest szlak ;)
Po około 30 minutach wygodnego zejścia opuszczamy las i wychodzimy na widokową polanę. Dokładnie widzimy ile drogi nam zostało do mostu w Namestowie, natomiast problem zasadniczo jest jeden: gdzie u diabła tą polaną prowadzi szlak... Z kilku ścieżek wybieramy złą, ale widząc w dole wydeptane trawsko idziemy na przełaj. Instynkt włóczęgi nas nie zawodzi i faktycznie odnajdujemy niebieską farbę. 

Fajna ta sosna :D
No i gdzie teraz?
Zadowoleni z siebie i swojego sprytnego pomysłu podążamy z uśmiechem na ustach. Miasteczko w zasadzie jest już na wyciągnięcie ręki, gdy nagle przed nami wyrasta ogrodzona firma i dom niczym z serialu Dynastia. Ale gdzie jest do cholery szlak? Przecież jesteśmy tak blisko, a przed sobą do wyboru mamy płot lub skrawek ciasno ułożonych drzew wydający się nie do pokonania. Ciśniemy się więc w te drzewa, łamiąc pod butami gałązki, przeprawiamy się przez potok, a potem podążamy jakimś polem. Finalnie i szczęśliwie docieramy do drogi jezdnej, praktycznie tuż przy moście w Namestowie. A szlak? Na szlaku ktoś wybudował dom i ch… chodzić trzeba naokoło 😜 My tymczasem spoglądamy ostatni raz na góry i kierujemy się w prawo drogą 520. 

Diablak ponad taflą Jeziora Orawskiego
Magurka padła
W zasadzie byliśmy przekonani, że do samochodu będziemy zmuszeni wracać brzegiem wąskiej drogi, pozbawionej nawet pobocza. Gdy jednak zbliżamy się do ów jezdni, nagle spostrzegamy po lewej stronie schodki prowadzące do chodnika, położonego nieco poniżej asfaltówki. Deptak chyba nie jest zbyt często uczęszczany, ponieważ powoli zarasta go trawa, więc wnioskujemy, że raczej między miejscowościami turyści nie maszerują. Dla nas jest to wspaniała informacja, że zamiast drałować drogą, możemy bezpiecznie spacerować chodnikiem, a 3-kilometrowy odcinek mija tak szybko, iż nie zdołaliśmy się ani zmęczyć, ani ponarzekać 😉

Trotuar wśród świerków
Dzisiejszą trasę zaliczam zdecydowanie do spacerowych, niewymagających, wręcz lajtowych. Widoki może i pojawiają się sporadycznie, ale jak już są to konkretne, a przede wszystkim różnorodne. Szlak w większości prowadził przez cudowny świerkowy las, a gra świateł dziś robiła robotę. Absolutnie nie twierdzę, że trasa jak i szczyt są powalające, ale było naprawdę miło i cicho, a brak ruchu turystycznego jeszcze bardziej mnie przekonuje, by tam wrócić. Dla mnie osobiście Magura Orawska to taki zapomniany zakątek słowackich Beskidów, który ma w sobie szczyptę magii 😊

A.N.

25.03.2017