Mission impossible - Południowy Groń, Stoh, Chleb

Poranne chmury w Małej Fatrze już nas nie zniechęcają do wędrówki, ponieważ pojawiają się one codziennie i znikają jakoś w ciągu dnia. Dlatego w czwartek ruszamy na kolejną wyprawę, która jest niejako kontynuacja wczorajszej, ponieważ pierwotnie chcieliśmy machnąć wszystkie szczyty jednego dnia, ale powiedzmy że Rozsutce mnie zbytnio sponiewierały. Tak więc dziś stawiamy na Południowy Groń, Stoh oraz Chleb i mamy zamiar cieszyć się dniem, ile wlezie (a raczej tak nam się tylko wydaje). Udajemy się ponownie do Vratnej, by stamtąd ruszyć do pierwszego punktu na dzisiejszej trasie, a mianowicie Chaty pod Groniem. Szlak żółty zapowiada na miejsce 45 minut marszu, co pozytywnie nas nastraja z rana, a szlak delikatnie wznosi się w górę nie wymagając od nas niczego poza podnoszeniem stóp. Po wczorajszej popołudniowej ulewie podłoże jest nieco mokre, chmury wciąż wiszą nad szczytami, jednak wierzymy, że wkrótce to się zmieni. 

Optymistyczne 45min
Pogoda też optymistyczna
Po zapowiadanych 45 minutach, a nawet kilku wcześniej, docieramy na rozległą polanę, jeszcze skąpaną w porannej rosie. Po słońcu wciąż nie ma śladu, jednak spod niemrawych chmur powoli odsłania się błękit nieba. W schronisku spory ruch, dlatego nie wchodzimy do środka, by nie przeszkadzać noclegowiczom w śniadaniu, cykamy kilka pamiątkowych zdjęć i ruszamy szlakiem żółtym w kierunku naszego kolejnego celu - czas zdobyć Południowy Groń, co ma nastąpić za około 1h 15minut.

Tam gdzieś kryje się Południowy Groń
Chata na Groniu
I w pakiecie
O podejściu na Groń zdążyło mnie poinformować kilka górskich duszyczek, więc jestem nastawiona na solidne podejście, zresztą trochę na własne życzenie, bo po wczorajszym zejściu z pamiętnego Rozsutca zapragnęłam tak ostro jedynie wchodzić. No to mam… Na początku stok jest całkiem, całkiem, może nie idealny, ale nie takie wzniesienia się pokonywało. Ochoczo idziemy w górę, czasem spoglądając za siebie – na odsłaniające widoki i pojawiające się promienie słońca. 

Za nami
Robi się pogoda :D
To co następuje potem to już całkiem inna historia. Podejście powoli i skutecznie się wyostrza, by nie powiedzieć, że rośnie w pionie, a końca tegoż stoku nie widać. Ale podejście to jest pryszcz w porównaniu z podłożem. Jak wspomniałam wczoraj przeszła całkiem konkretna burza wieczorem, więc jest mokro. Nie… mokro to zbyt urocze słowo. Ziemia pod butami staje się lepka i śliska, więc każde dwa kroki w przód = jeden krok w tył. Zapieranie na kijach niewiele w tej sytuacji pomaga ponieważ tułów swoje, a nogi swoje. Trochę to śmieszne, trochę straszne, ale siły uciekają z nas niemiłosiernie. Przy dobrym humorze trzyma nas tylko rozpogodzenie, aż do momentu, gdy nagle włazimy w chmury, które nie zeszły z wierzchołka Południowego Gronia. A może to i dobrze, że tak wisiały, bo nagle w tej mgle, wietrze i zimnie docieramy na szczyt… Ubieramy się na szybkości, osłaniamy przed wiatrem i szamamy kanapki, co by doładować energię po morderczym szlaku. 

Taki warun powitalny na szczycie
Siedzimy z lekka zmarznięci, z przemoczonymi skarpetami, które czym prędzej zmieniamy i czekamy na rozpogodzenie, które niechybnie przychodzi. I to jest ten moment, by popatrzeć na krajobraz, który nas otacza – na Stoha, Rozsutca oraz zielone grzbiety tej uroczej Małej Fatry. Teraz całe podejście idzie w zapomnienie, a oczy mogą chłonąć to, po co się tu znalazły. Na szczyt trzeba się wszakże napracować, bo w godzinę pokonaliśmy zaledwie 1,5km przy 800m przewyższenia, ale mogłabym i tak codziennie dla takiej panoramy. Jest szał! 

Widok na południe
Zielone kopy
Tam niebawem pójdziemy
Kolejnym naszym celem jest Stoh, na którego musimy się nieco cofnąć, ponieważ nie leży stricte na naszej pętli. Nietrudno odnaleźć szlak czerwony, który prowadzi malowniczym grzbietem do krainy zielonych dywanów. Chmury na dobre znikają i teraz pozostaje nam tylko powoli stawiać kroki i rozglądać się wokół. Grzbiet Stoha delikatnie rozciąga się przed nami, natomiast z tyłu góruje Południowy Groń wraz z wierzchołkiem Steny. Wiatr wciąż towarzyszy naszej wędrówce, ale na dobre pojawia się również słońce, które nieuchronnie zmusza nas do rozbiórki. 

Połuniowy Gruń i Steny-severny vrchol
Stoh
Sielanka
Tam niedawno byliśmy – Chata pod Gruniem
Szlak jest niesamowicie przyjemny – nie tylko krajobrazowo, ale przede wszystkim trekkingowo. Ścieżka wije się pośród kwiecistych polan, raz delikatnie się wznosząc, by po chwili subtelnie opadać. Przed nami pojawia się niebawem wspomniany już Wielki Rozsutec, który wczoraj został ujarzmiony i który również mnie sponiewierał. Dzisiaj prezentuje się genialnie, a w połączeniu ze Stohem efekt jest niesamowity. Po 30 minutach docieramy na Stohove Sedlo, które jest skryte niczym zaginiona arka pośród gąszczu liści. Baczne oko Bartka wypatruje tabliczkę i tym oto sposobem… w sumie to nic się nie dzieje 😜 Mijamy przełęcz i lecimy dalej. 

Rozsutec w chmurach
Stoh coraz bliżej
Za nami bajka
Stohove Sedlo :P
Zupełnie nieświadomi nadciągających kłopotów ruszamy dalej przed siebie, by pokonać, jak nam się wydaje, szybkie podejście na Stoha. Po chwili znikamy w lesie i nagle przypomina nam się wspinaczka na Południowy Groń, tyle że ze zdwojoną siłą, a raczej gliną… Zacieniony teren między drzewami skrywa niechlubną tajemnicę i mokre błoto, które na podejściu daje nam ostro w tyłek i znowu cały ciężar przenosimy na ręce. Nie to mnie jednak martwi… Tędy musimy wszakże jeszcze zejść… 😱 Nie bacząc na przeciwności losu przemy w górę, by po 20 minutach zasuwać ponownie malowniczą ścieżką. Podejście kondycyjnie należy do tych solidniejszych, aczkolwiek z Groniem nie ma co go porównywać. Idziemy miarowym tempem, by w cudownych okolicznościach przyrody po 55 minutach stanąć na szczycie Stoha. 

Widoki z podejścia
Na szczycie
Na południowy-zachód
Mieszanka pogodowa
Kopuła szczytowa
I Rozsutec się w końcu pokazał w całości
Na szczycie oczywiście robimy solidną przerwę, doładowujemy energię, mimochodem się opalamy i zaczynamy zawijać w dół, bowiem przed nami jeszcze spora trasa. Na początek czeka nas powtórka z rozrywki, czyli odcinek na Południowy Groń, wliczając ślizgawkę błotną w krzaczorach. Najpierw delektujemy się soczystymi widokami, by potem z rozwagą stawiać każdy krok, by nie usmarować się w brązowej mazi… I całość wychodzi nam całkiem sprytnie, aż do momentu kiedy widzę kije Bartka w powietrzu, a do moich uszu dochodzi znamienne „Kurwaaaaaa” 😜 Na szczęście upadek podparty, więc nie dochodzi do najgorszego scenariusza 😜

Tu było całkiem fajnie
Tu już zdecydowanie gorzej
A tu już pełen relaks
Cali zgrzani tym stresującym odcinkiem wyłaniamy się na znany nam grzbiet i teraz pełni optymizmu ponownie zdobywamy Południowy Groń, mając do dyspozycji jeszcze znakomitsze widoki. Na szlaku spotykamy coraz więcej ludzi, pogoda robi się wyśmienita, a podejście nie takie wcale solidne. Ten odcinek wyjątkowo przypadł mi do gustu w Małej Fatrze. Chyba to połączenie zadziornego Rozsutca i masywnego, aczkolwiek łagodnego Stoha oddają cały klimat tego pasma górskiego. Wszystko pokryte tą sielankową zielenią i milionem różnobarwnych kwiatów porastających zbocza. Wcale mnie nie dziwi, że jest uznawane za jedno z najpiękniejszych pasm słowackich. 

Różnorodność w pakiecie
On solo
I on też solo
Po nieco ponad godzinie docieramy na Południowy Gruń, gdzie robimy chwilę przerwy na odpoczynek i kanapkę. Jednak chwila jest tym razem dosłowna, ponieważ nieco niepokoi nas czas – wybija godzina 14:00. I nic nie byłoby w tym dziwnego, ale nasz dzisiejszy plan zakłada powrót na dół kolejką ze Snilovskego Sedla, co by nie obciążać już i tak mocno dojechanych kolan, a kolejka planowo kursuje do 16:00 - bynajmniej takie info można znaleźć w sieci. Szybko kalkulujemy drogę, patrzymy na zegarek… trzeba ruszać i to żwawo… Od teraz zaczyna się walka z czasem, czyli jakby nie było „mission impossible”. Ruszamy grzbietem, trzymając się wciąż szlaku czerwonego i zaliczamy kolejne zejścia i podejścia tym samym zdobywając oba wierzchołki Steny. Lecimy jak na załamanie karku, tylko czasem cykając foto, a ciągłe i intensywne podejścia wykańczają nas okrutnie… 

Steny
Tyle jeszcze przed nami
Za nami
Bajka
Nie mam już siły tak gnać i najchętniej siadłabym tu i teraz, i nie ruszyłabym się przez najbliższą godzinę, ale wizja zejścia ze Snilovskiego nie pozwala mi tego zrobić. Jak by nie było jesteśmy coraz bliżej, zaliczamy szczyt Hromove, a i Chleb pojawia się na horyzoncie. Jest już tak blisko, ale czas ucieka nieubłaganie, nie możemy zwolnić ani na chwilę, bo każda minuta jest drogocenna. I chociaż krajobraz jest sielankowy, to zupełnie nie potrafię się teraz na tym skupić. Tak bardzo chciałabym się zatrzymać, zamknąć oczy i złapać głęboki wdech, oddychać górami, nie myśleć tylko czuć… Ale nie tym razem… 

Hromove na horyzoncie
Aż chciało by się zatrzymać na chwilę…
Chleb na wyciągnięcie ręki
Baja :O
Dopiero na Chlebie okazuje się, że tak lecimy, iż po godzinie zdobywamy szczyt, gdzie spragniona, głodna i z bolącą głową, padam na południowe zbocze i oddycham. Jest pięknie. Dopiero teraz doceniam chwilę, teraz doceniam lodowaty wiatr i palące słońce. Górską ciszę i ludzki hałas. Oddycham głęboko, choć wiem, że to nie koniec wyścigu z czasem, ale jeszcze chwilę, jeszcze kwadrans, może pół godziny wykorzystam tylko na odpoczynek, bo za te katorgi się należy, bo zamiast pałać zachwytem i relaksować umysł, głowę cały czas zaprzątała myśl – zdążyć przed 16:00… 

Nareszcie!
W kierunku Wielkiego Krywania i Snilovskiego Sedla
Stamtąd my przyszli ;)
Tak jak wspomniałam, po krótkim odpoczynku wstajemy i zmierzamy w kierunku górnej stacji kolejki linowej. Nogi zaczęły już powoli odczuwać obciążenie i to nie tyle dniem dzisiejszym, co wczorajszym. Idę trochę wolniej niż zwykle, uważnie stawiając kroki na kamieniach i odliczając metry do końca wędrówki. Przyznam że pod tym względem Mała Fatra daje nieźle w dupę. Suma przewyższeń, ilość męczących podejść i jeszcze bardziej morderczych zejść sięga zenitu i cholera! tu trzeba mieć naprawdę dobrą kondycję i jeszcze silniejsze kolana, inaczej wszelkie niedociągnięcia wyjdą nikczemnie na wierzch. Na całe szczęście droga do kolejki trwa zaledwie 25 minut… 

Niczym oaza na szlaku
Na początku jak Ci głupcy lecimy po bilety i to, co zastajemy, to kartkę, iż kolejka w dniu dzisiejszym kursuje do 18:00… i nie można tak po prostu takiej informacji wrzucić na stronę?! Może kilka duszyczek nie pędziłoby na złamanie karku, by nie doznać trwałego uszczerbku na zdrowiu. No nic, kupujemy te bilety za 8,5€ od głowy i teraz już zupełnie spokojnie zmierzamy do bufetu po zimna cole i ciepłe hranolky. Siadamy i chilloutujemy się przy bajecznych widokach. Teraz możemy do oporu. 

Teraz jest czas na kontemplację
W kierunku wąwozu Tiesnavy
Trochę lansu
Po upływie znacznej „chwili” zbieramy się na lanovke, która w 10 minut zwiezie nas do Vratnej, co jest opcją najzajebistszą z zajebistych w dniu dzisiejszym 😄 I faktycznie gondola powoli zsuwa się w dół, a my podziwiając widoki, rozprostowujemy nogi w wagoniku, by po upływie 10 minut znaleźć się przy Vratnej Chacie i samochodzie. To się nazywa przyjemne zakończenie wędrówki. 

Pełen relaks!
Koniec…
Dzisiejszy dzień był chyba maksymalnie zwariowany i żaden nie obfitował w tak skrajne, śmieszne i bolesne przeżycia. Bo czy jeszcze pamiętacie, że na początku zmordował nas Południowy Groń, potem prześlizgał Stoh, wybiegał grzbiet do Chleba i dopiero zrelaksowała kolejka? Działo się oj działo, ale to było piękne zakończenie pobytu w Małej Fatrze. Nazajutrz bowiem chcieliśmy zawitać w Wielkiej Fatrze, po raz pierwszy i jedyny, niestety burzowa pogoda pokrzyżowała nam plany. Ale może tego lata mieliśmy zakochać się tylko w jednej Fatrze, a na tę Wielką jeszcze będzie czas…? A dzisiejszy dzień to było piękne podsumowanie pobytu, tak zwariowane jak i my wariaty jesteśmy 😉

A.N.

06.07.2017


Panna Młoda na szlaku

Ślub to takie ważne wydarzenie w życiu – dacie wiarę…? 😜 Sprawa jeszcze bardziej nabiera rozmachu, kiedy posiada się równie ważną życiową pasję i chce się jej przemycić jak najwięcej do tego wydarzenia. Nikogo nie zaskoczę, że u nas góry wiodą w życiu prym, więc nie wyobrażaliśmy sobie zrobić sesji ślubnej, gdzieś indziej aniżeli w górach. Cały sęk w tym, że na tym jednym incydencie nie poprzestaliśmy… W mojej głowie zrodził się pomysł, inspirowany fantastyczną sesją Karola Nienartowicza, który fotografował swoją żonę w Norwegii. My postanowiliśmy miodowy miesiąc spędzić w Polsce, aczkolwiek plan był równie ambitny, bo zakładał pokonanie 2400 km samochodem i około 150 kilometrów pieszo. Marzenie zostało spełnione i było dokładnie tak, jak sobie to wymyśliliśmy. Były trudne chwile, momenty zwątpienia, uśmiech, radość i przede wszystkim miłość… 

Just the way you are... (fot. Cinal Studio)
Dzień 1
Dzień, który rozpoczyna nasz „honeymoon”, to nic innego jak sesja ślubna z fantastycznem fotografem - CinalStudio, który zgodził się z nami pójść aż na 1945m n.p.m. nie mając pojęcia, jak będzie wyglądał szlak i czy tam w ogóle jest ładnie. To się nazywa zaufanie do klienta 😜 Nasz wybór na plener pada na Dolinę Hińczową, której zwieńczeniem jest oczywiście Wielki Staw Hińczowy, otoczony ścianą Mięguszowieckich Szczytów, Grani Koprowego i Grani Baszt. Pogoda jest idealna - bezchmurne niebo, rześkie powietrze, ośnieżone wierzchołki i całość otoczona jesienną, rudą aurą… Jednak nie wszystko jest takie piękne, jakim mogło by się wydawać. Naszą sesję ślubną rujnuje wiatr dujący z niebywałą prędkością, w podmuchach dochodzącą do setki. Ten dzień należał do bardzo ciężkich zarówno fizycznie, moralnie, jak i psychicznie. Wracamy z olbrzymim niedosytem i kilkoma kadrami, zamiast cieszyć się setkami ujęć z każdym pojedynczym żlebem i każdym źdźbłem suchej trawy. Ale powiem Wam jedno, to był piękny dzień i choćby dla tego jednego kadru warto było to robić !!! 💗


Dolina Hińczowa (fot. Cinal Studio)
Dzień 2
Łukasz nas opuszcza jeszcze dnia poprzedniego, a my od teraz rozpoczynamy cykl „Młoda na szlaku”, który w drugi dzień kontynuujemy w Tatrach. Pakuję sukienkę do plecaka i ruszamy do Zakopanego, skąd będziemy zdobywać kolejno Dolinę Gąsienicową, Liliowe, Beskid, by zakończyć wędrówkę na Kasprowym Wierchu (no plus jeszcze sturlanie się do Kuźnic 😉). Pogoda dopisuje w zasadzie od rana, jest ciepło i jak to jesienią bywa rześko. Wszystko wydaje się być idealne, aż do odcinka grzbietowego - od Liliowego aż po Kasprowy, gdzie miały mieć miejsce pierwsze kadry Panny Młodej. Niestety na Kasprowym wieje jeszcze bardziej, a ja nie mam ochoty wyskakiwać z ciepłych ciuchów na poczet zwiewnej sukienki. Jednak za stacją meteo sytuacja diametralnie się zmienia i niewielkie pole osłonięte od wiatru pozwala na kilka kadrów. Lawiruje wśród dziesiątek ludzi, wzbudzając zdziwienie i podziw, a wszystko dla skromnego efektu… 


Panna Młoda na Kasprowym !
Goryczkowe Czuby i Czerwone Wierchy
Melancholia
Dzień 3 / Dzień 4
Trzeciego dnia opuszczamy Tatry i suniemy na wschód Słowacji, by w Radoszycach ponownie znaleźć się na terenie Polski. Tak, właśnie znaleźliśmy się w Bieszczadach, tych co nastrajają duszę, tych co relaksują ciało, tych o których marzyłam jesienną porą. Pierwszy dzień pozwala nam jedynie na szybki trip na zachód słońca, jednak suknia na szlaku pojawia się dopiero nazajutrz, kiedy to ruszamy w Bieszczady Niskie, a konkretnie na Przełęcz Łupkowską. Wędrujemy po malowniczych terenach, opuszczonych wsiach i błotnistych szlakach, by finalnie wylądować przy słynnym tunelu i poskakać po łupkowskich torach. 


Przez polany w Łupkowie
Nózia na Przełęczy Łupkowskiej ;)
Dzień 5
Nieuchronnie przychodzi czas na Bieszczady Wysokie, a w zasadzie najwyższe. Udajemy się na Szeroki Wierch, potem Tarnicę, by w końcu podziwiać jesień na Bukowym Berdzie, które kradnie moje serce bezpamiętnie. O ile na Szerokim i Tarnicy uporczywie dokucza nam jedna, jedyna chmura na niebie, o tyle Krzemień i Bukowe rozpieszczają nas do granic możliwości. Góry toną w rudościach, więc pośród tych falujących traw zmieniam out-fit i od Przełęczy Goprowskiej dzielnie pokonuję szlak w sukni ślubnej. Były gratulacje, było zdziwienie, była w końcu radocha, z tego co robimy. Mój mąż dzielnie fotografował, ja dzielnie pozowałam, choć nie było łatwo, zważywszy na fakt, że w Bieszczadach zawsze wieje, a sukienki i włosy wiatru nie lubią 😉


Backstage
Młoda na Krzemieniu
Bukowe Berdo
Dzień 6
Kolejnego dnia zaczarowała nas Połonina Caryńska. Pomimo że był to nasz najkrótszy trip, to obfitował w cudne widoki, które nie tylko oferują Rawki i Połoninę Wetlińską, ale także Przysłup Caryński i otaczające go wzniesienia, a wszystko to pokryte ferią barw bieszczadzkich lasów. Grzbiet połoniny pokonuję w sukni, bo przecież Panna Młoda musiała się pojawić na szlaku 😉 Taki był cel, takie było motto, a my wkładaliśmy całe serce w to, by zdjęcia były jak najlepsze. To była ciężka praca... Zaliczamy oba szczyty Caryńskiej, odpoczywamy, czerpiemy z tego dnia, ile się da, po czym schodzimy do Przełęczy Wyżniańskiej i wracamy stopem do Ustrzyków. To był dobry dzień. 


Z widokiem na Rawki
Połonina Caryńska
Na szlaku...
Tymczasem pod suknią... ;)
Dzień 7
Naszą bieszczadzką wyprawę kończymy, w tym miejscu, gdzie ją rozpoczęliśmy, czyli na Połoninie Wetlińskiej przy słynnej Chatce Puchatka. Niestety problemy zdrowotne pojawiające się nieustannie ze względu na przewianie organizmu, nie pozwalają mi wskoczyć w suknię ślubną, ale bynajmniej nie żałuję. Tego dnia w górach pojawiają się aż trzy pary młode, a ja tam konkurencji nie lubię 😜 Przemierzamy złotą połoninę wśród szumu traw od Smereka, aż po Hasiakową Skałę i kończymy na Przełęczy Wyżniej, skąd również stopem wracamy do Wetliny. To był ostatni dzień w górach i choć nie do końca go doceniłam w trwającej chwili, to z perspektywy czasu wiem, że odnalazłam tam siebie. 


Połonina Wetlińska
Dzień 8 / Dzień 9
Kiedy opuszczamy Bieszczady czeka nas długa podróż. Mamy do pokonania aż 900 kilometrów, bowiem nasz szaleńczy pomysł zakłada miejsce docelowe jakim jest Łeba. Od 8:30 aż do 21:30 jesteśmy w trasie i kiedy przybijamy do portu, jakim stanie się dla nas przez najbliższe dni Przystań Resort jesteśmy wykończeni. Dopiero kolejnego dnia udajemy się nad morze, by tam przy jego szumie pojawiła się ponownie Panna Młoda. Nad Bałtykiem nie byłam 3 lata i kiedy poczułam powiew bryzy na policzkach, zrozumiałam, że nie tylko góry potrafią być lekarstwem dla duszy...


Na plaży...
Spacer przy szumie fal...
Dzień 10
Z pogodą nad polskim morzem bywa różnie i tak również jest jesienią, kiedy do południa mży, a po południu wychodzi słońce, lub wręcz odwrotnie. Nie przeszkadza nam to zupełnie w nadmorskich spacerach i pokonywaniu szlaków Słowińskiego Parku Narodowego. Sesja w porcie, przy falochronach, w duecie czy solo, to nieodłączny element naszych łebskich wędrówek. Nie brakuje romantycznych chwil, głębokich rozmyślań, czy zwyczajnych oddechów jodowanym powietrzem. Tak upływa dzień 10… 


Falochrony
Z Panem Młodym
Dzień 11
Dzień 11, a trzeci w Łebie jest punktem kulminacyjnym i jednocześnie główną atrakcją, dla której w zasadzie tu przyjechaliśmy. Słowiński Park Narodowy bowiem skrywa światowe dziedzictwo Unesco, jakim są ruchome wydmy. Tam udajemy się ostatniego dnia, by dokończyć nasze dzieło „Panna Młoda na szlaku” i tym samym udowodnić sobie, że marzenia nie spełniają się same – marzenia się spełnia. Docieramy na 31m n.p.m. – czyli na Górę Łącką, z której rozpościera się panorama na masyw wydmowy, jezioro Łebsko oraz Morze Bałtyckie. Ubieram sukienkę i sunę po tym delikatnym piasku, podziwiając jedyne takie miejsce w Polsce. Biorę głęboki wdech i jestem spełniona. Mogę wracać do domu… 


Romantyczna
Łobuziara
Razem z Wydmą Łącką
Dzień 12
I następnego dnia właśnie wracamy do domu. Pakujemy walizki do samochodu i kierujemy się na A1, która doprowadzi nas wprost do Bielska-Białej. Tam czeka nasz dom – „Home sweet Home”, jak zwykło się mawiać. Chowam sukienkę, która już nigdy nie powieje na wietrze, która dostatecznie wiele razy trzepotała smagana górskim powietrzem, o którą rozbijały się maleńkie ziarenka piasku. To było niesamowitych 12 dni – nasz honeymoon, początek reszty Naszego życia...


Na mieszkaniu :)


END



A.P.