Na krańcu Tatr Zachodnich - Siwy Wierch

W tym roku wyjątkowo nie folgujemy sobie z urlopem. Czas ciągłych załatwień, czas gonitwy, niepogody i innych przeciwności losu, skutecznie nas odwlekał od tego zamiaru. Kiedy więc w końcu nadchodzi długi weekend w czerwcu, mamy zamiar okiełznać Tatry Zachodnie, ale te mniej znane, te bardziej opuszczone – słowackie. Na naszą bazę wypadową wybieramy miejscowość Zuberec, która jest małą mieścinką położoną na samym krańcu tegoż pasma. Zanim jednak tam dotrzemy na pierwszy strzał chcemy zdobyć Siwy Wierch, który jest najdalej wysuniętym na zachód tatrzańskim szczytem. Nie jest on wysoki, bo ma bagatela 1805m n.p.m., ale ma unikalny charakter, jak na Tatry, a poza tym nie jest zbyt często wybierany za cel wędrówki, więc właśnie dlatego ja tam chcę iść! 😉
Trasę rozpoczniemy z punktu Biela Skala, który znajduje się około 5km za Zubercem. Docieramy tam kilka minut przed 8:00, po czym obieramy szlak czerwony, który ma nas doprowadzić na wspomniany Siwy Wierch. Dzień jest słoneczny i dość ciepły, aczkolwiek poranne powietrze wciąż jest rześkie. 


Startujemy
Na początek czeka nas podejście lasem i pomimo, że szeroka droga zachęca, by nią podążać, szlak prowadzi ścieżką nieopodal. Oczywiście obie drogi lecą równolegle, ale gdyby np. polało, to szeroka droga do zwózki drzewa z pewnością zamieniłaby się w kupę błota. Tak więc my wygodnie idziemy sobie ścieżynką, która obecnie pnie się intensywnie w górę i dzięki temu szybko zdobywamy wysokość, a co za tym idzie szybko pojawiają się pierwsze widoki. Tatr na razie zdecydowanie nie widać, ale pobliskie pasmo Skorusińskich Wierchów wygląda nadzwyczaj soczyście. Zielone zbocza prezentują się całkiem ładnie, w dole widać pobliski kamieniołom, a podejście nieco łagodnieje. 

Widok na Skorusińskie Wierchy
Niebawem ścieżka skręca delikatnie w lewo i odtąd po miękkiej ściółce kluczymy między drzewami. Zauważamy także, że na czerwonym szlaku dokładnie co 100m wzwyż usytuowane są pachołki z wysokością „n.p.m”. Może to być zarówno motywujące, jak i deprymujące, ale w naszym przypadku motywuje i miło patrzeć, kiedy mamy kolejne 100 metrów przewyższenia za sobą. Po 50 minutach nieprzerwanego marszu docieramy do Białej Skały, która jest masywem zbudowanym z wapieni i dolomitów. Zerkamy na nią ukradkiem między drzewami, po czym ruszamy w dalszą drogę. W końcu Siwy Wierch czeka… 

Pachołki motywatory
Biela Skala
Powoli opuszczamy piętro lasu, a wokół zaczynają się pojawiać pierwsze kępy kosodrzewiny. Spotykamy również pierwszych wędrowców – Polaków i docieramy do pierwszej widokówki, która znajduje się na 1400m n.p.m. Obecnie obserwujemy pasmo Gór Choczańskich, Beskid Żywiecki oraz Skorusińskie Wierchy. Turyści niebawem ruszają dalej, a my zostajemy na moment sami, by pokontemplować w ciszy nad otaczającą nas przyrodą i krajobrazem, który nijak wygląda na tatrzański. No ale to nas akurat nie dziwi, bo Siwy Wierch właśnie taki ma być – mało tatrzański 😉

W kierunku Gór Choczańskich
Zielone zbocza
Po pokonaniu kolejnych kilkudziesięciu metrów na trasie, wreszcie przed nami wyłania się kopuła szczytowa Siwego Wierchu, ale wcale nie jest na wyciągnięcie ręki. Czeka nas tam jeszcze spory odcinek, ale na szczęście drzemie w nas tyle energii, że żaden dystans nam nie straszny. Jesteśmy żądni kilometrów 😀 Wąska ścieżka prowadzi grzbietem wśród krzewów i kosówki, a na trasie spotykamy kolejnych Polaków i wcale nas to nie dziwi, skoro Boże Ciało na Słowacji nie jest dniem wolnym. Szlak niepostrzeżenie wznosi się w górę, a o zdobywaniu kolejnych metrów przypominają nam coraz rozleglejsze widoki. W końcu wyłania się przed nami nieśmiało również kawałek Tatr. 

Ścieżka i Siwy Wierch
Siwy Wierch i Masyw Brestowej
Brestowa po prawej, po lewej w oddali Osobita
Siwy Wierch z każdym krokiem coraz bardziej nas hipnotyzuje, a jego skalista kopuła powoduje mały dreszczyk emocji. Wkrótce docieramy na miejsce zwane Siwym Przechodem, które jest pełne dolomitowych formacji, wyglądających niczym labirynt. Szlak robi się niebywale interesujący oraz atrakcyjny widokowo, ponieważ jest na swój sposób unikalny. Uśmiech pojawia się na twarzy i rezolutnie maszerujemy dalej. 

Hipnotajzing
Siwy Przechód
Skalne maczugi
Po kilku minutach zatrzymujemy się przed pierwszym kominkiem, gdzie na dobre żegnamy się z kijami i rozpoczynamy skalną wspinaczkę. To właśnie tutaj mają swój początek Rzędowe Skały, a szlak naszpikowany jest tego typu atrakcjami czasem ubezpieczonymi, w większości jednak dobrze wyrzeźbionymi. Odcinek nie powinien przysporzyć trudności umiarkowanie sprawnemu turyście, a jako nieco niższa osoba również sobie dobrze radziłam. Cały widz polega na tym, że szlak nie jest eksponowany, więc wędrówka przebiega na luzie, a trudniejsze momenty nie są wcale skomplikowane, a wymagają jedynie małego kombinowania i czujności, którędy toż biegnie szlak. Mnie osobiście najbardziej fascynuje kontakt palców z zimną, suchą skałą i jej niesamowite oddziaływanie na całokształt. Idę dotykając tych surowych formacji i wiem, że jestem we właściwym miejscu. Wiem, że liczy się tu i teraz, i ta niewidzialna więź z naturą. 

Składamy kije
Kominek do pokonania
Wędrówka pośród skał
Pierwsze żelastwo – łańcuchy i klamry
Od drugiej strony niegroźnie
Już 1700m n.p.m.
Wszechobecna skała
Widoki po lewej
Drugi ubezpieczony odcinek – Part 1
Part 2
Pokonanie Rzędowych Skał zajmuje nam około 50 minut i jest to naprawdę niezwykłe doświadczenie – nie cielesne, ale jakieś metafizyczne. Skalny labirynt mnie w jakimś sensie pochłonął. Kiedy dostrzegamy wreszcie wierzchołek i stojący nań pachoł jesteśmy szczęśliwi, że nadchodzi koniec, a jednocześnie zawiedzeni, że wędrówka do celu właśnie ma swój kres. Kopuła szczytowa odsłania nam widok na zachód i prężące się grzbiety Tatr, dlatego właśnie siadamy po tamtej stronie, by jak najdłużej napawać się panoramą. Na wierzchołku jest zaledwie jedna grupa, która szła nieco przed nami, potem pojawia się więcej wędrowców, ale to i tak garstka w porównaniu z innymi tatrzańskimi szczytami. Odpoczywamy, chłoniemy ciszę, łakniemy Tatry, za którymi tak tęskniliśmy. To nieprawdopodobne jak człowiek uzależnia się od gór, jaką silną pozycję potrafią sobie one wywalczyć w umyśle. W szybkim tempie życia coraz rzadziej mieliśmy czas, by wyrwać się i zapomnieć o problemach i obowiązkach. Teraz siedzę tu na 1805m n.p.m. i wiem, że jestem we właściwym miejscu, że odpowiedniejsze w tym momencie nie istnieje, że zatracam się z każdą sekundą coraz bardziej… 

Tuż przed wierzchołkiem
Patrzcie gdzie jestem! :D
Osobita oraz szlak przez Miękki Wierch na Brestową
Bobrowieckie Pliesko
Brestowa
W kierunku Salatynów
Pełna panorama na zachód ze szczytu
Ostra
Babia Góra i Jezioro Orawskie
Mały człowiek i góry
Pachoł szczytowy
Po długim i solidnym popasie na wierzchołku czeka nas nic innego jak powrót tą samą drogą, bez możliwości zrobienia sensownej pętli, która nie wykończyła by nas w pierwszy dzień, a zarazem pozwoliła zameldować się na kwaterze o sensownej porze. Tak więc wracamy czerwonym szlakiem przez Radove Skaly i to co było zabawą w górę teraz będzie kombinowaniem w dół. Wszystko oczywiście do ogarnięcia, ale niekiedy klamry są zbyt nisko rozstawione jak na moje nikłe 167cm wzrostu... No, ale jakoś sobie radzę i sprawnie pokonujemy pierwszy odcinek, by po 45 minutach kontynuować wędrówkę już wygodnie na dwóch nogach. 

W dół trochę gorzej
Piarżyste podłoże bez kijów daje popalić
Pogoda igła
Na Siwym Przechodzie ponownie rozkładamy kije i teraz już wygodnie maszerujemy ścieżką wśród kosówki. Kolejne metry mijają umiarkowanie, a nawet powiedziałabym ślimaczo pomimo naszego dobrego tempa. Kiedy po 30 minutach docieramy do niewielkiej widokowej polanki postanawiamy urządzić sobie popas, tym samym dojadając nasze kanapkowe zapasy. Oczywiście nigdzie nam się nie spieszy, więc ściągam buciory i bezczelnie leniuchuję. 

Szlak czerwony
Za nami
Na nasze szczęście po wznowieniu wędrówki niebawem znikamy w lesie, co jest istną oazą w palącym, czerwcowym słońcu. Teraz spokojnym tempem tracimy wysokość, a cień jest przyjacielem na trasie. Spotykamy jeszcze kilkoro turystów idących w górę, natomiast my odliczamy minuty do końca. Całość zajmuje nam 5h na dystansie 10km, co przy atrakcyjności skalnej szlaku jest całkiem niezłym wynikiem 😉

Ostatnie widoki – Skorusińskie Wierchy i kamieniołom
Przy samochodzie powoli rozciągam mięśnie, by nie zdążyły nabawić się zakwasów przed kolejnymi wędrówkami, a w duchu wciąż jeszcze jestem pośród surowego krajobrazu przeplatanego delikatną roślinnością. Dziwny ten Siwy Wierch – niby taki niedostępny i groźny, ale kiedy poznaje się go bliżej staje się wrażliwą istotą wywołującą pozytywne emocje. Nie zaprowadził mnie w serce Tatr, ale pozwolił się odnaleźć na życiowej ścieżce. Wąska, pełna kominków i zakrętów nierzadko przeraża, ale kiedy wydobędziemy z siebie siłę, nagle staje się tylko kolejnym metrem wzwyż. Właśnie tak ten Siwy Wierch mnie zahipnotyzował - zostawił ślad w duszy, a wyczyścił solidnie umysł. Tego mi było trzeba…

A.N.

15.06.2017


1 komentarz:

  1. Fajne te pachołki motywatory. Lubię wiedzieć ile jeszcze zostało przewyższenia do pokonania :D

    OdpowiedzUsuń