Panna Młoda na szlaku

Ślub to takie ważne wydarzenie w życiu – dacie wiarę…? 😜 Sprawa jeszcze bardziej nabiera rozmachu, kiedy posiada się równie ważną życiową pasję i chce się jej przemycić jak najwięcej do tego wydarzenia. Nikogo nie zaskoczę, że u nas góry wiodą w życiu prym, więc nie wyobrażaliśmy sobie zrobić sesji ślubnej, gdzieś indziej aniżeli w górach. Cały sęk w tym, że na tym jednym incydencie nie poprzestaliśmy… W mojej głowie zrodził się pomysł, inspirowany fantastyczną sesją Karola Nienartowicza, który fotografował swoją żonę w Norwegii. My postanowiliśmy miodowy miesiąc spędzić w Polsce, aczkolwiek plan był równie ambitny, bo zakładał pokonanie 2400 km samochodem i około 150 kilometrów pieszo. Marzenie zostało spełnione i było dokładnie tak, jak sobie to wymyśliliśmy. Były trudne chwile, momenty zwątpienia, uśmiech, radość i przede wszystkim miłość… 

Just the way you are... (fot. Cinal Studio)
Dzień 1
Dzień, który rozpoczyna nasz „honeymoon”, to nic innego jak sesja ślubna z fantastycznem fotografem - CinalStudio, który zgodził się z nami pójść aż na 1945m n.p.m. nie mając pojęcia, jak będzie wyglądał szlak i czy tam w ogóle jest ładnie. To się nazywa zaufanie do klienta 😜 Nasz wybór na plener pada na Dolinę Hińczową, której zwieńczeniem jest oczywiście Wielki Staw Hińczowy, otoczony ścianą Mięguszowieckich Szczytów, Grani Koprowego i Grani Baszt. Pogoda jest idealna - bezchmurne niebo, rześkie powietrze, ośnieżone wierzchołki i całość otoczona jesienną, rudą aurą… Jednak nie wszystko jest takie piękne, jakim mogło by się wydawać. Naszą sesję ślubną rujnuje wiatr dujący z niebywałą prędkością, w podmuchach dochodzącą do setki. Ten dzień należał do bardzo ciężkich zarówno fizycznie, moralnie, jak i psychicznie. Wracamy z olbrzymim niedosytem i kilkoma kadrami, zamiast cieszyć się setkami ujęć z każdym pojedynczym żlebem i każdym źdźbłem suchej trawy. Ale powiem Wam jedno, to był piękny dzień i choćby dla tego jednego kadru warto było to robić !!! 💗


Dolina Hińczowa (fot. Cinal Studio)
Dzień 2
Łukasz nas opuszcza jeszcze dnia poprzedniego, a my od teraz rozpoczynamy cykl „Młoda na szlaku”, który w drugi dzień kontynuujemy w Tatrach. Pakuję sukienkę do plecaka i ruszamy do Zakopanego, skąd będziemy zdobywać kolejno Dolinę Gąsienicową, Liliowe, Beskid, by zakończyć wędrówkę na Kasprowym Wierchu (no plus jeszcze sturlanie się do Kuźnic 😉). Pogoda dopisuje w zasadzie od rana, jest ciepło i jak to jesienią bywa rześko. Wszystko wydaje się być idealne, aż do odcinka grzbietowego - od Liliowego aż po Kasprowy, gdzie miały mieć miejsce pierwsze kadry Panny Młodej. Niestety na Kasprowym wieje jeszcze bardziej, a ja nie mam ochoty wyskakiwać z ciepłych ciuchów na poczet zwiewnej sukienki. Jednak za stacją meteo sytuacja diametralnie się zmienia i niewielkie pole osłonięte od wiatru pozwala na kilka kadrów. Lawiruje wśród dziesiątek ludzi, wzbudzając zdziwienie i podziw, a wszystko dla skromnego efektu… 


Panna Młoda na Kasprowym !
Goryczkowe Czuby i Czerwone Wierchy
Melancholia
Dzień 3 / Dzień 4
Trzeciego dnia opuszczamy Tatry i suniemy na wschód Słowacji, by w Radoszycach ponownie znaleźć się na terenie Polski. Tak, właśnie znaleźliśmy się w Bieszczadach, tych co nastrajają duszę, tych co relaksują ciało, tych o których marzyłam jesienną porą. Pierwszy dzień pozwala nam jedynie na szybki trip na zachód słońca, jednak suknia na szlaku pojawia się dopiero nazajutrz, kiedy to ruszamy w Bieszczady Niskie, a konkretnie na Przełęcz Łupkowską. Wędrujemy po malowniczych terenach, opuszczonych wsiach i błotnistych szlakach, by finalnie wylądować przy słynnym tunelu i poskakać po łupkowskich torach. 


Przez polany w Łupkowie
Nózia na Przełęczy Łupkowskiej ;)
Dzień 5
Nieuchronnie przychodzi czas na Bieszczady Wysokie, a w zasadzie najwyższe. Udajemy się na Szeroki Wierch, potem Tarnicę, by w końcu podziwiać jesień na Bukowym Berdzie, które kradnie moje serce bezpamiętnie. O ile na Szerokim i Tarnicy uporczywie dokucza nam jedna, jedyna chmura na niebie, o tyle Krzemień i Bukowe rozpieszczają nas do granic możliwości. Góry toną w rudościach, więc pośród tych falujących traw zmieniam out-fit i od Przełęczy Goprowskiej dzielnie pokonuję szlak w sukni ślubnej. Były gratulacje, było zdziwienie, była w końcu radocha, z tego co robimy. Mój mąż dzielnie fotografował, ja dzielnie pozowałam, choć nie było łatwo, zważywszy na fakt, że w Bieszczadach zawsze wieje, a sukienki i włosy wiatru nie lubią 😉


Backstage
Młoda na Krzemieniu
Bukowe Berdo
Dzień 6
Kolejnego dnia zaczarowała nas Połonina Caryńska. Pomimo że był to nasz najkrótszy trip, to obfitował w cudne widoki, które nie tylko oferują Rawki i Połoninę Wetlińską, ale także Przysłup Caryński i otaczające go wzniesienia, a wszystko to pokryte ferią barw bieszczadzkich lasów. Grzbiet połoniny pokonuję w sukni, bo przecież Panna Młoda musiała się pojawić na szlaku 😉 Taki był cel, takie było motto, a my wkładaliśmy całe serce w to, by zdjęcia były jak najlepsze. To była ciężka praca... Zaliczamy oba szczyty Caryńskiej, odpoczywamy, czerpiemy z tego dnia, ile się da, po czym schodzimy do Przełęczy Wyżniańskiej i wracamy stopem do Ustrzyków. To był dobry dzień. 


Z widokiem na Rawki
Połonina Caryńska
Na szlaku...
Tymczasem pod suknią... ;)
Dzień 7
Naszą bieszczadzką wyprawę kończymy, w tym miejscu, gdzie ją rozpoczęliśmy, czyli na Połoninie Wetlińskiej przy słynnej Chatce Puchatka. Niestety problemy zdrowotne pojawiające się nieustannie ze względu na przewianie organizmu, nie pozwalają mi wskoczyć w suknię ślubną, ale bynajmniej nie żałuję. Tego dnia w górach pojawiają się aż trzy pary młode, a ja tam konkurencji nie lubię 😜 Przemierzamy złotą połoninę wśród szumu traw od Smereka, aż po Hasiakową Skałę i kończymy na Przełęczy Wyżniej, skąd również stopem wracamy do Wetliny. To był ostatni dzień w górach i choć nie do końca go doceniłam w trwającej chwili, to z perspektywy czasu wiem, że odnalazłam tam siebie. 


Połonina Wetlińska
Dzień 8 / Dzień 9
Kiedy opuszczamy Bieszczady czeka nas długa podróż. Mamy do pokonania aż 900 kilometrów, bowiem nasz szaleńczy pomysł zakłada miejsce docelowe jakim jest Łeba. Od 8:30 aż do 21:30 jesteśmy w trasie i kiedy przybijamy do portu, jakim stanie się dla nas przez najbliższe dni Przystań Resort jesteśmy wykończeni. Dopiero kolejnego dnia udajemy się nad morze, by tam przy jego szumie pojawiła się ponownie Panna Młoda. Nad Bałtykiem nie byłam 3 lata i kiedy poczułam powiew bryzy na policzkach, zrozumiałam, że nie tylko góry potrafią być lekarstwem dla duszy...


Na plaży...
Spacer przy szumie fal...
Dzień 10
Z pogodą nad polskim morzem bywa różnie i tak również jest jesienią, kiedy do południa mży, a po południu wychodzi słońce, lub wręcz odwrotnie. Nie przeszkadza nam to zupełnie w nadmorskich spacerach i pokonywaniu szlaków Słowińskiego Parku Narodowego. Sesja w porcie, przy falochronach, w duecie czy solo, to nieodłączny element naszych łebskich wędrówek. Nie brakuje romantycznych chwil, głębokich rozmyślań, czy zwyczajnych oddechów jodowanym powietrzem. Tak upływa dzień 10… 


Falochrony
Z Panem Młodym
Dzień 11
Dzień 11, a trzeci w Łebie jest punktem kulminacyjnym i jednocześnie główną atrakcją, dla której w zasadzie tu przyjechaliśmy. Słowiński Park Narodowy bowiem skrywa światowe dziedzictwo Unesco, jakim są ruchome wydmy. Tam udajemy się ostatniego dnia, by dokończyć nasze dzieło „Panna Młoda na szlaku” i tym samym udowodnić sobie, że marzenia nie spełniają się same – marzenia się spełnia. Docieramy na 31m n.p.m. – czyli na Górę Łącką, z której rozpościera się panorama na masyw wydmowy, jezioro Łebsko oraz Morze Bałtyckie. Ubieram sukienkę i sunę po tym delikatnym piasku, podziwiając jedyne takie miejsce w Polsce. Biorę głęboki wdech i jestem spełniona. Mogę wracać do domu… 


Romantyczna
Łobuziara
Razem z Wydmą Łącką
Dzień 12
I następnego dnia właśnie wracamy do domu. Pakujemy walizki do samochodu i kierujemy się na A1, która doprowadzi nas wprost do Bielska-Białej. Tam czeka nasz dom – „Home sweet Home”, jak zwykło się mawiać. Chowam sukienkę, która już nigdy nie powieje na wietrze, która dostatecznie wiele razy trzepotała smagana górskim powietrzem, o którą rozbijały się maleńkie ziarenka piasku. To było niesamowitych 12 dni – nasz honeymoon, początek reszty Naszego życia...


Na mieszkaniu :)


END



A.P.