Opowieść o bule, co schowała się w Tatrach Wysokich – Sławkowski Szczyt

Zaledwie 7 kilometrów w jedną stronę i aż 1400 metrów przewyższenia. Taki schemat zakłada zdobycie Sławkowskiego Szczytu. Nie boję się, kondycja jest, mówili że nudno, ale nie takie nudy w górach już przerabiałam. Chcę spróbować, ta buła kusi mnie od dawna, bo choć od strony Smokowca kształtem przypomina Babią Górę, to jakoś w Tatrach Wysokich się znalazła… 

Wschód słońca w Górnym Smokowcu
Buła kusi od dawna…
Możliwość wejścia na Sławkowski szczyt jest tylko jedna – niebieskim szlakiem ze Starego Smokowca i przeciętnie zajmuje około 4 godzin. Do realizacji planu przystępujemy około 6:30, a dzień zapowiada się wybornie. Choć poranek wita nas delikatnym chłodem, to wraz z pierwszymi promieniami słońca zmieniamy outfit na letni. Szlak niebieski na początku prowadzi bitą drogą, a potem zakosami pozwala zdobyć kolejne metry wysokości. Wierzchołek góry jest nieustannie widoczny, ale nie myślę, że dzieli nas od niego około 1,5km w pionie, aura jest wyśmienita. 

Początek szlaku w Smokowcu
On
Na szlaku
Nieustanny widok na szczyt, tym razem spomiędzy modrzewi
Po 40 minutach marszu docieramy do skrzyżowania z Tatrzańską Magistralą, a nasz szlak odbija w prawo. Niebawem wchodzimy w piętro lasu, który swoim miękkim podłożem sprawia naszym stopom przyjemność. Przewyższenie następuje stopniowo, a ruch turystyczny choć spory jak na poranną godzinę, rozkłada się umiarkowanie. Turyści niepostrzeżenie się pojawiają i równie szybko znikają. Po upływie 15 minut docieramy do sławnego miejsca na trasie, a mianowicie Maksymilianki, która jest świetnym punktem widokowym w drodze na Sławkowski i może być również celem samym w sobie. Chyba nie muszę wspominać, że pogoda sprzyja tego typu miejscom? 😃

I plan – Pośrednia Grań; II plan – Durny Szczyt, Łomnica i Wielka Łomnicka Baszta
Na Maksymiliance
Jeszcze jedno zbliżenie
Po krótkim odpoczynku ruszamy w dalszą drogę, a raczej wyższą. Szlak aktualnie prowadzi wśród kosówki, a kamienny dukt z czasem zamienia się w porozrzucane głazy, które dla kurdupla są niemałym wyzwaniem. Bartek sprawnie mknie w górę, podczas gdy ja ledwo wygramolam się na kolejne przeszkody. Po drodze na szczęście nie brakuje widoków, które choć trochę rekompensują wysiłki. 

Kolejna widokówka
Zbliżenie na Łomnicę w chmurach
Jaworowy Szczyt, Mały Lodowy i Pośrednia Grań
Po upływie godziny wychodzimy ponad piętro kosodrzewiny i od teraz wędrujemy w skalnym terenie. Niestety wraz z wysokością żegnamy się z piękną pogodą i wchodzimy w chmury. Czasem rozgania je na moment wiatr, jednak w pewnym momencie krajobraz na dobre spowija mgła, a zimne podmuchy skutecznie uprzykrzają wędrówkę. Nie widzimy wierzchołka, nie widzimy szlaku, trwamy w błogiej nieświadomości. No może poza zegarkiem Sunto, który wskazuje nam osiągniętą wysokość.

Ostatnie przebłyski widoków
Tam gdzieś jest szczyt
Idziemy przed siebie, tracąc właściwie rachubę czasu. Nieustannie trawersujemy zbocze ścieżką pośród głazowiska, a teren nie jest wymagający. Wciąż nic nie widzimy, a gdy podczas wspinaczki wśród upierdliwych piargów zaczyna siąpić, nadzieja umiera. W sensie nie na zdobycie szczytu, ale na pogodę na wierzchołku. Nie ma sensu się oszukiwać, będzie tylko gorzej. W pewnym momencie we mgle dostrzegamy grupkę osób i nieopodal usytuowany krzyż. To koniec. Stajemy na szczycie Sławkowskiego, na wysokości 2452m n.p.m. po 4 godzinach parcia w górę. Buła zdobyta, widoków brak. 

Zdobyty…
Ilekroć obserwowaliśmy Sławkowski ze Smokowca, przeważnie widzieliśmy wierzchołek w chmurze. To chyba taki szczyt, który jakby pierwszy na drodze przechwytuje nadciągające kłęby. Do głowy by mi jednak dzisiaj nie przyszło, że przy takiej porannej pogodzie żylecie, może coś pójść nie tak. Teraz siedząc na jednym z kamieni na wierzchołku, nie widząc nic poza mgłą i trzęsąc się z zimna, rozmyślam co do cholery jest nie tak z tą górą… Nie jestem zła, w tym momencie dopadła mnie bezsilność, że za taki trud włożony w podejście, nie czeka nas nic poza rozczarowaniem. Na szczycie, tuż obok nas, mają miejsce  oświadczyny z toastem szampanem, i to chyba w nagrodę dla tych nowo zaręczonych na chwilę rozstępują się chmury. Niewiele, troszeczkę, no ale lepsze to niż nic… 😉

Łaskawe niebo
Ostre granie
Nie rozsiadamy się zbyt długo na szczycie, ponieważ jest najzwyczajniej zimno, a na rozpogodzenie nie ma co liczyć. Rozpoczynamy zejście tym samym szlakiem, innej możliwości nie ma i powoli, najpierw piargami, a potem już kamiennym duktem pośród głazowiska stopniowo tracimy wysokość. Podczas zejścia chmury nieco się rozstępują, nawet możemy obserwować wierzchołek, czy Królewski Nos, ale widoki po lewej na Tatry Wysokie wciąż pogrążone są w chmurach. 

Królewski Nos po prawej i ludziki na szlaku
Szczyt za nami
Kawałek góry
Wędrówka w skalnym terenie zajmuje nam godzinę, po czym ponownie znajdujemy się w piętrze kosówki. Nie wiem, czy można dosadniej określić ten etap, aniżeli „dał nam nieźle w dupę”. Kiedy szliśmy w górę wspominałam, że karły mają ciężko pokonać pewne odstępy między głazami i powiem, że w dół jest znacznie gorzej. Kolana piszczą, stopy też piszczą. Pewnie nie byłoby tak źle, ale to nasza szósta wędrówka w Tatrach z rzędu, co sprawia że nogi są już w nienajlepszym stanie. Decyzja zapada, jutro dzień przerwy, ale dziś musimy przetrwać ten odcinek. Nogi bolą… iść trzeba… Mija kolejna godzina, kiedy docieramy do Maksymilianki. Tutaj jest zgoła inaczej, aniżeli o poranku…  

Maksymilianka :(
Najgorszy odcinek jest już za nami. Obecnie podążamy przez las i zmieniamy odrobinę nasze dalsze plany. Mieliśmy bowiem odwiedzić jeszcze Hrebienok i potem wygodnym asfaltem dotrzeć do Starego Smokowca, jednak przy obecnym stanie nóg, postanawiamy zejść niebieskim szlakiem, bez dokładania sobie kilometrów. Tym samym wędrujemy jeszcze 1,5 godziny w ciągu i tylko jakaś niewidzialna siła dopchała mnie do samochodu…
Dzisiejsza wędrówka jednak w całokształcie wcale nie była złem wcielonym 😉 Musze przyznać, że szlak na Sławkowski Szczyt wbrew opiniom krążącym po necie, wcale nie jest aż taki nudny i okropny. W górę szło się całkiem spoko, a widoki na trasie, choć mieliśmy je tylko przez 2/3 drogi, naprawdę umilały tę wędrówkę. Nie dłużyła mi się, pokonaliśmy spore przewyższenie w czasie zdecydowanie krótszym aniżeli zapowiadane. Wszystko było jak najbardziej ok, no może wszystko poza nagrodą na szczycie i zapierającą dech panoramą, a raczej jej brakiem. No ale takie są góry, a pogoda lubi w nich płatać figla. Zejście wcale nie byłoby również takie masakryczne, gdyby nie dojechanie nóg kilkoma trekkingami z rzędu. Także reasumując, Sławkowski jest całkiem spoko bułą i warto tam się wdrapać, bo choć wygląda niepozornie to kopuła szczytowa już ma charakter typowy dla pasma, w którym się znajduje. A na koniec niespodzianka, filmik podglądowy jak to wszystko wygląda okiem GPS’a i co można zobaczyć przy poprawnej widoczności 😃




A.P.

07.09.2018


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz