Jak się człowiek spieszy... – Ohnište

Trzeci dzień pobytu w Tatrach Niżnych stoi nieco pod znakiem zapytania. Wczoraj nieźle nas postraszyła burza, a na sobotę prognozy wcale nie są lepsze. Co robić? Gdzie iść? Odpuścić? Wszystkie te pytania do późnych godzin wieczornych pozostają bez odpowiedzi, a my bez przerwy weryfikujemy prognozy i układamy alternatywne plany. W końcu postanawiamy się wyspać i ostatecznie zdecydować rano.
Kiedy przebudzamy się o 7.00 słychać pobąkiwanie burzy, czyli górskie plany idą w zapomnienie… na jakiś kwadrans. Na spokojnie jemy śniadanie i szykujemy plecaki wciąż nasłuchując grzmotów, ale na szczęście nadaremno. Niebo całkowicie się wycisza, a słońce rozświetla szary krajobraz. Postanawiamy zaryzykować i wybieramy najkrótszą możliwą trasą, czyli wyruszamy na Ohnište. Wszak nie było ono w pierwotnych zamysłach, ale od dawna chodziło nam po głowie. W celu zdobycia wspomnianego szczytu jedziemy samochodem do miejscowości Malužiná, skąd rozpoczniemy wędrówkę szlakiem żółtym. Po 30 minutach jesteśmy na miejscu i wskakujemy w trekkingi. Na wstępie spotykamy dwójkę Polaków podążających w tym samym kierunku, ale szybko znikają nam z horyzontu.


Malužiná
Początkowo szlak prowadzi drogą asfaltową, gęsto uczęszczaną przez ciężarówki. Jak się okazuje po 15 minutach, na końcu ulicy znajduje się czynny kamieniołom i stąd ten ruch. Otoczenie jest jakieś mroczne, niczym z horroru i przyznam że sama bałabym się tędy iść. No ale może to tylko moja wyobraźnia tak popłynęła 😜 Pomimo wczesnej pory i przyrody odświeżonej po wczorajszym deszczu, powietrze jest ciężkie i duszne. Nieco nas ten fakt niepokoi, ale póki co zrzucamy okrycia wierzchnie i kontynuujemy marsz na krótki rękaw. 

Kamieniołom
Wciąż idziemy asfaltem, niezmiennie pośród drzew i uważnie wypatrujemy żółtej farby. Szlak prowadzi Svidovską Doliną wzdłuż potoku, a my umiarkowanie nabieramy wysokości. Póki co widoków brak, a droga upływa dość mozolnie. Dopiero na 4 kilometrze skręcamy w prawo i odtąd czeka nas wędrówka leśną ścieżką. 

Zapowiada się piękny dzień
Szlak na wstępie jest kamienisty, ale szybko przeradza się w polną dróżkę. Upał na podejściu niesamowicie doskwiera, a po chwili ścieżką zwyczajnie płynie potok. Dzięki tym wszystkim urozmaiceniom czas mija znacznie szybciej i po 30 minutach wychodzimy na zieloną sielankową polanę. Pojawia się pierwsze tego dnia widoki, a soczysta zieleń aż razi po oczach. Ciekawe czy ten masyw przed nami to Ohnište? 😉

Masyw Ohnište
Zielono, majowo, sielankowo
Po zaledwie kilku krokach docieramy na Svidovské Sedlo i tym samym zdobywamy wysokość 1130m n.p.m. Na przełęczy nie widać żywej, turystycznej duszy, jedynie paru chłopa od zwózki drzewa. Rozglądamy się wokół siebie na całkiem smakowitą panoramkę, po czym bez dłuższej przerwy ruszamy dalej. 

Pomnik na przełęczy
Ludárova Hol’a, Štiavnica i Ďumbier w chmurach
Wschodnia część Tatr Niżnych
Skręcamy w prawo i odtąd podążamy szlakiem zielonym, który ma nas doprowadzić aż na sam szczyt Ohnište. Początkowo szeroka droga niespodziewanie skręca w lewo i od tej pory intensywnie nabieramy wysokości. Ścieżka wiedzie zakosami przez las po mocno nachylonym, aczkolwiek zdecydowanie nie eksponowanym terenie. W ciągu 20 minut intensywnej wędrówki wykorzystujemy ostatnie pokłady energii, więc postanawiamy zatrzymać się na śniadanie.

Tak niewinnie się zaczynał szlak...
Dzień jest niesamowicie parny i duszny, więc mamy podstawy by obawiać się burzy. Jak wspomniałam, wczoraj napędziła nam niemałego stracha, dlatego dzisiaj wolelibyśmy uniknąć tego rodzaju niespodzianek. Podążamy szybkim krokiem wciąż pod górę, by po chwili dotrzeć do „cięższych” momentów na szlaku. Miejsca nie są ani eksponowane, ani trudne technicznie, po prostu musimy pokonać odcinek po wyślizganych i w dodatku mokrych po wczorajszym deszczu głazach. Zejście pewnie będzie gorsze, ale póki co myślimy o wejściu. Po 30 minutach wychodzimy na płaski teren i kluczymy między drzewami w poszukiwaniu szczytu. Ale nie tak prędko, wpierw Predná Poľana Ohnište, a dopiero potem wędrówka na wierzchołek.

Polana
Na końcu polany, znajduje się krzyżówka szlaków, skąd na szczyt pozostaje dokładnie 20 minut, więc bez zastanowienia ruszamy dalej. W dodatku cały czas siedzi w nas dziwne przeczucie o nieuchronnym nadejściu burzy (albo popadamy w paranoje…😱). Niby nie grzmi, ale jakoś wciąż przyspieszamy kroku, podążając na złamanie karku. Na ścieżce doganiamy starszego pana – Słowaka, który pokazuje nam gdzie znajduje się piękna „vyhliadka”, więc na moment zbaczamy ze szlaku i podążamy za nim. Nie myli się – jest lufiasto, jest okazale 😃

Dumbierskie Tatry
Krakova Hol’a
Ostatni kwadrans na szczyt dłuży się niemiłosiernie. Mamy wrażenie jakbyśmy chodzili w kółko, a w dodatku na szlaku jest mnóstwo powalonych drzew, które trzeba przeskakiwać. Nogi mam całe poharatane i odliczam minuty do końca. Mam po prostu dość… Kiedy docieramy na szczyt zauważamy tabliczkę i kilkoro ludzi: Polaków i Słowaków, tylko nie widać najważniejszego… Gdzie jest to cholerne okno…?! 

Ohnište – 1536m n.p.m.
Widok ze szczytu na Dumbierskie Tatry
Zdobywca, a raczej zdobywczyni
Po kilku szybkich zdjęciach wyciągam mapę i patrzę którędy na to okno, co widzieliśmy na internetach. Niestety coś mi się pokręciło i zamiast w prawo skręcamy w lewo (to chyba z tego pośpiechu) i nadrabiamy niepotrzebnie kilometry, nie znajdując nic poza kilkoma ciekawymi widokami. Czym prędzej wracamy na szczyt, wchodzimy na poprawną ścieżkę i zauważamy tabliczkę, iż ze względu na ochronę przyrody dalszy szlak został zamknięty. Może i byśmy zawrócili, ale widząc wracających jak i zmierzających tam Słowaków, idziemy również. Po kilkunastu minutach bieganiny znajdujemy się pod skałami opadającymi z grzbietu Ohništego i jak się okazuje idziemy trudniejszą oraz bardziej eksponowaną drogą. No ale widoki cudne! Taka nasza Jura Krakowsko-Częstochowska, tyle że na wysokości 1,5 kilometra. Przysiadamy pod ścianą, łapiemy powoli oddech i w końcu podziwiamy widoki, na spokojnie...

Widok z masywu na szczyt
Polanka w dole
Dwutysięczniki w chmurach – po środku Chopok
Po chwili ruszamy w kierunku okna, ale im jesteśmy dalej, tym ścieżka robi się węższa, aż w końcu czeka nas zejście po niezbyt dobrze wyglądających kamieniach. Ponieważ skała jest śliska postanawiamy zawrócić i spróbować od drugiej łatwiejszej strony, nie wiedząc że jesteśmy o krok od charakterystycznego okna. Może i byśmy poszli dalej, ale dosłownie chwilę wcześniej Bartek podjechał na szlaku, więc wolimy obejść zespół skalny. Niestety od drugiej strony też nam nie idzie i nagle ścieżka się kończy. Nie wiem czy to nie nasz dzień, czy perspektywa szybkiego wejścia i zejścia przed 13 w razie burzy, tak nas dekoncentrowała, ale finalnie do Okna nie docieramy. W takich nerwach nietrudno o wypadek, a to ostatnia rzecz jakiej byśmy chcieli. Siadamy na najwyższym punkcie masywu i łapiemy na chwilę oddech. A Okno nie zając, kiedyś je dorwę... 😉

Koniec drogi, a okna ni ma
Szczyt
„Alternatywne” okno ;)
Nie przeciągamy zbyt długo posiadówy i niebawem zbieramy się do zejścia, niestety tym samym szlakiem. Po 30 minutach zabawy z powalonymi drzewami ponownie docieramy na Ohnistą Polanę, gdzie siadamy coś przekąsić. Tak naprawdę opuściliśmy szczyt w pośpiechu, kompletnie zapominając, że praktycznie od dwóch godzin jesteśmy w biegu, bez jedzenia. Czas uzupełnić energię. 

Pod Ohnistom
Po 20 minutach odpoczynku ruszamy dalej. Prostka przez las przebiega szybko i przyjemnie, następnie pokonujemy wyślizgane głazy, a potem już sprawnie tracimy wysokość zakosami. Po 40 minutach marszu, kiedy prawie jesteśmy na Przełęczy Swidowskiej, marzymy by rozsiąść się na polanie, umyć w źródełku poharatane ręce i nogi oraz w końcu odetchnąć. Plan wypisz-wymaluj idealny z jednym małym szkopułem… Pojawia się pierwszy grzmot. Spełniły się nasze najgorsze obawy i gdyby początkowy plan doszedł do skutku pewnie bylibyśmy już przy aucie. Niestety błądzenie po szczycie nas znacznie spowolniło i do samochodu pozostało nam jeszcze 1,5h marszu…

Burza nadciąga
Drugi grzmot… Myjemy się i ruszamy, cały czas nasłuchując, czy burza się oddala, czy też wręcz przeciwnie. Po chwili orientujemy się, że burze są dwie i przyspieszamy kroku, gnając niczym Korzeniowski na zawodach. Odcinek 30-minutowy pokonujemy w kwadrans i znajdujemy się na asfaltówce. W biegu składamy kije i wciąż żwawo maszerujemy, tak że Struś Pędziwiatr miałby trudność nas wyprzedzić. Do samochodu pozostała godzina, a grzmieć nie przestaje. Gdy mijamy kamieniołom wiemy, że jeszcze tylko kawałek i wtem zaczyna lać. Na domiar złego nikogo nie ma w pobliżu, a na naszej drodze staje warczący pies - stróż. Mam obawy czy się na nas nie zrzuci, ale na szczęście bezpiecznie udaje nam się go minąć. Przez ostatni kilometr jesteśmy doszczętnie zmoczeni. Wykończeni jeszcze długo dochodzimy do siebie w samochodzie. Nogi zapomniały po raz kolejny co to ból. Wola walki i siła umysłu wygrały tę bitwę.
Trochę mam żal do siebie o to Okno, ale dzisiejszy dzień ewidentnie pokazał, że pośpiech jest złym doradcą. Na szczęście to nie nasza ostatnia wizyta w Tatrach Niżnych, więc Ohnište kiedyś sobie odbijemy. Ale może jesienią, bo te majowe burze sprawią, że umrę parę lat wcześniej (ze stresu rzecz jasna…). Zresztą taki niedosyt jest czasem potrzebny, po to by docenić małe rzeczy w górach.

A.N.

28.05.2016



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz