Gdy pod stopami wciąż zima, a w powietrzu już czuć wiosnę - Turbacz w pakiecie z Halą Turbacz i Halą Długą

Ten rok pomimo fantastycznej pogody nie obfitował u nas w górskie wędrówki. Mijał weekend za weekendem, a my zaledwie zaliczyliśmy jeden trekking. Głodni jak wilki postanawiamy odmienić tę złą passę w lutym i dlatego w pierwszym możliwym terminie ruszamy w góry. Tym razem obieramy kierunek Gorce, a ponieważ lubimy Turbacz i w zimie nas tam nie było, postanawiamy zdobyć właśnie jego.
W słoneczną niedzielę docieramy do dzielnicy Kowaniec w Nowym Targu tuż po godzinie 8:00 i rozpoczynamy wędrówkę żółtym szlakiem. Trasa dość dobrze zapadła nam w pamięć, pomimo że szliśmy nią aż 2 lata temu. Początek zapowiada się intensywny, ponieważ droga jezdna prze ostro do góry. Poranne promienie słońca oświetlają przydrożne świerki, a w powietrzu czuć już wiosnę. 


Szlak żółty wśród świerków
Po 30 minutach suche, asfaltowe podłoże zostaje zastąpione przez leśną ścieżkę, a pod nogami pojawia się pierwszy śnieg. Nogi niekiedy nam podjeżdżają do tyłu, ale nie jest na tyle ślisko, by uniemożliwiać nam poruszanie i by było konieczne zbrojenie w raki. Czuję nieco słabszą kondycję, zapewne spowodowaną brakiem ruchu w ostatnich 3 tygodniach, ale mam nadzieję szybko nadrobić tę lukę. Po kolejnych 10 minutach wychodzimy na otwarty teren, gdzie po raz pierwszy dziś możemy dostrzec Tatry. Ich zarys prezentuje się całkiem solidnie, natomiast przejrzystość powietrza pozostawia wiele do życzenia. Smog skutecznie pogarsza widoczność i na lepsze kadry raczej nie ma co dzisiaj liczyć. 

Tatry+smog
Polana przy szlaku
Ścieżka dalej pnie się umiarkowanie w górę, nie pozostawiając wiele do życzenia ani narzekania. Niekiedy mija nas samotny turysta schodzący z Turbacza, natomiast w górę nie napiera nikt. Samotność na szlaku jest jak najbardziej pożądanym zjawiskiem także ochoczo maszerujemy, nasłuchując pierwszych przejawów wiosny. Po drodze rozpoznajemy wszystkie miejsca i zastanawiamy się dlaczego właśnie ten szlak zapadł nam tak w pamięć… 

Tu latem pasą się owieczki ;)
Szlak dojazdowy do schroniska
Nieśmiałe Tatry
Szlak jest szeroki i solidnie rozjeżdżony przez terenówki i quady, które dowożą niezbędne produkty do schroniska. Marsz ubitą drogą jest przyjemny, więc szybkim krokiem pokonujemy kolejne kilometry. Wokół leży jeszcze sporo śniegu, natomiast drzewa już czekają na wiosnę. W zasadzie ja również mam niedobór słońca w organizmie i chętnie bym już wiosnę powitała. Wszakże tej zimy nie ma co narzekać na górskie warunki, jednak większość czasu spędzam w mieście, które jest szare i mgliste, a słońce nie przebija się przez grubą warstwę zanieczyszczeń… Na szczęście w górach czuć rześkie, czyste powietrze i możemy w pełni cieszyć się przyrodą. 

Wiosna
Szeroka, ubita droga
Gorczański Las
Iść ciągle iść…
Po łącznym czasie 1h 30minut docieramy na Miejski Wierch, który jest jednocześnie krzyżówką szlaku żółtego z czarnym. Do schroniska pozostała nam zaledwie godzina, więc ochoczo kontynuujemy marsz szeroką drogą. Obecnie podążamy po równym terenie z widokiem na najwyższy szczyt Gorców, ale burczenie w brzuchach zmusza nas do krótkiego postoju. 

Miejski Wierch
Pogoda żyleta
:)
Z widokiem na Turbacz
Ostatni odcinek wyjątkowo nam się ciągnie i w zasadzie myślę już o odpoczynku w schronisku. Najgorsze jest to, że wiemy iż nagle się ono nie wyłoni, bo dopiero dotarliśmy na Rusnakową Polanę i usytuowaną tam kaplicę. Wybudowana została w 1979r. z okazji pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski, ma konstrukcję zrębową, powstała na planie krzyża Virtuti Militari i jest przesycona symboliką patriotyczną. Obok budynku znajdziemy ławki, dzwonnicę i polowy ołtarz, a od maja do października odbywają się tu msze. 

Polana Rusnakowa, w oddali Babia Góra
Kaplica Matki Boskiej Leśnej Królowej Gorców
Niebawem docieramy do rozstaju szlaków, gdzie dziś jeszcze zawitamy podczas powrotu. Póki co zmierzamy szeroką drogą wciąż w górę, a ostatni odcinek to już wąska ścieżka wśród drzew. I właśnie ten ostatni etap okazuje się być najbardziej upierdliwy, a to wszystko za zasługą dupolotów, które sukcesywnie zamieniły szlak w lodowisko. Nawet idąc w górę nogi same odjeżdża do tyłu, tak iż Bartek zalicza glebę, cudem tylko nie porywając mnie ze sobą. Do tematu wrócę jeszcze w dalszej części relacji, bo póki co chciałabym nacieszyć się pogodą i odpoczynkiem. 

U celu…
Gdy jesteśmy już pod schroniskiem na początek zaglądamy przez okienko widokowe i jesteśmy nie tyle rozczarowani co niepocieszeni. Oczywiście spodziewaliśmy się, że koło południa Tatry pogrążą się w smogu, a przejrzystość powietrza zawiedzie i dokładnie tak też się stało, więc po widokach ani śladu. Na otarcie łez wbijamy do środka, zajadamy się kanapkami i smakołykami. Fajnie się w końcu zrelaksować 😊

Leżing
Kto korzystał?
Smakołyki
Po odpoczynku oczywiście mamy dalszy plan. Wiadomo, trzeba na początek zdobyć szczyt, co by pełnoprawnie powiedzieć, że dziś byliśmy na Turbaczu. Wąska ścieżka pośród wiatrołomów kluczy między drzewami, a po drodze mijamy pojedyncze jednostki, których ilość jest odwrotnie proporcjonalna do turystów w schronisku. Aura jest niesamowita, a ciepły zimowy dzień zachęca do popasu na świeżym powietrzu. 

Droga na szczyt
Wiatrołomy
Na najwyższym szczycie Gorców staję po raz czwarty, ale jednak najmilej wspominam pierwszą wizytę. Może dlatego, że tabliczka szczytowa była palem rzeźbionym w drewnie, a nie zimnym, betonowym słupem. Nie mniej jednak na wierzchołku jesteśmy sami i robimy sobie solidną sesję „z kija” 😉 Widoczność jak wspominałam nie powala, ale na zachód i północ jest zdecydowanie lepiej niż na południe. Ze szczytu spoglądamy również na nasz kolejny cel. 

Turbacz – 1310m n.p.m.
Widok na zachód
Północny-zachód
Północ – Czoło Turbacza i Hala Turbacz
Together
Dalszy kierunek
Pomimo że czerwony szlak prowadzi na Obidowiec i Stare Wierchy, my postanowiliśmy nieco przykombinować. Otóż chcemy okrążyć Turbacz i tym samym odwiedzić widokowe hale, więc w tym celu idziemy kawałek czerwonym szlakiem, by po 10 minutach odbić na czerwoną drogę rowerową, która doprowadza nas wprost na Halę Turbacz. Polana cała w bieli od razu robi wrażenie i nie pozwala przejść obojętnie. Pod Czołem Turbacza usytuowany jest Szałasowy Ołtarz, gdzie po raz pierwszy ks. Karol Wojtyła przemawiał do wiernych. Całość krajobrazu tworzy ładny obrazek, ale oczywiście najlepiej przybyć tu ciepłą porą roku i urządzić sobie popas na trawie. Cud-miód 😊

Czoło Turbacz i Hala Turbacz
Szałasowy Ołtarz
W drugą stronę
Polana i turyści
O tej porze ruch turystyczny jest całkiem spory i raz po raz spotykamy narciarzy, piechurów, rowerzystów i saneczkarzy. Obecnie podążamy pod górę w kierunku schroniska, jednak nasz cel to Hala Długa, która jest przyjemnym i cichym miejscem z dala od zgiełku i tłumów. Ze szlaku możemy wciąż podziwiać Halę Turbacz, która również z tej perspektywy prezentuje się całkiem przyzwoicie. Pogoda niezmiennie rozpieszcza, a nam pozostaje korzystać ze wszelakich dobrodziejstw tej niedzieli.

Hala Turbacz widziana z niebieskiego szlaku
Czoło Turbacza i Hala Turbacz
Po niespełna 10 minutach spokojnego marszu ponownie wyłania się przed nami olbrzymie schronisko, jednak my zdecydowanie skręcamy w lewo ku wspomnianej Hali Długiej. Dostrzegamy jeszcze większy gwar przy budynku, aniżeli miało to miejsce godzinę temu, więc czym prędzej przyspieszamy kroku i oddalamy się od miejsca „zbrodni”. 

Bacówka i maszt nieopodal schroniska
Cel namierzony
Idziemy delikatnie w dół szerokim duktem pośród drzew i odliczamy minuty do celu. Kiedy w końcu przed nami wyłania się śnieżne pole, dostrzegamy tam zaledwie kilka jednostek leniwie posuwających się szlakiem i znikających niepostrzeżenie w oddali. Jednym słowem hala cała dla nas! Powoli maszerujemy nieco pod górę, po czym zasiadamy na jednej z ławek i oddajemy się w objęcia błogiego lenistwa. Tatr wciąż nie widać, ale na co tam Tatry, kiedy mamy hale na wyłączność, a słońce dogłębnie ogrzewa spragnione ciepła twarze. 

Hala Długa
Z Hali Długiej na Halę Turbacz
Turbacz i schronisko
W druga stronę
Nieuchronnie zbliża się 14:00 i pora powrotu w doliny. Trzeba pamiętać, że wciąż mamy zimę, więc słońce zachodzi max. o 17:00, co daje nam nie inaczej, jak około 3h na powrót. Szlakowskazy zapowiadają do Kowańca zaledwie 2h 20min, ale trzeba doliczyć jeszcze małą przerwę i można powiedzieć, że będziemy przy aucie na styk. Najpierw musimy wrócić do rozstaju szlaków na Polanie Świderowej, a chcemy się tam dostać droga dojazdową, omijając tym samym upierdliwy, wyślizgany odcinek tuż przy schronisku. Droga jest doskonale ubita przez pojazdy, więc idzie się wygodnie, pomijając fakt, że prawie by mnie rozjechało dwóch rowerzystów, którzy przejechali tak blisko mnie, iż myślałam, że mija mnie pendolino. Ja naprawdę rozumiem jazdę rowerem po górach, ale do cholery, czy nie da się odrobinę wolniej, kiedy mija się człowieka…?! 

Zaczynamy zejście w doliny
Kiedy docieramy do tabliczek na rozstaju pozostaje nam jedyne 1h 45minut w dół, więc ochoczo dreptamy zielonym szlakiem. I od tego miejsca zaczynają się tak zwane „schody”. Otóż śnieg jest tak ubity i wyślizgany przez wszelkiej maści sanki i dupoloty, że w zasadzie nie wiem czy jeszcze iść, czy już jechać. Raki leżą grzecznie w plecaki i rozważam opcję zbrojenia, ale cholera przecież w Beskidach jestem i to jeszcze w lesie. Mogłam je ubrać i nie narzekać, ale… Czy szlak turystyczny przypadkiem nie jest do chodzenia, a nie jeżdżenia na sankach? Nie przypominam sobie, by rodzice brali mnie za dziecka na Szyndzielnię i abyśmy zjeżdżali na sankach szlakiem pieszym. Co jest obecnie nie tak z tymi górami, że staja się miejscem „sportów zimowych”? I to już nie chodzi o fakt wyślizgania, bo z kijami jakoś jeszcze szło ustać, ale kiedy idziemy sobie spokojnie szlakiem i nagle wjeżdża w nas dzieciak na dupolocie, prawie nas podcinając, to chyba coś jest nie halo. Albo nagle nas mijają rozpędzone sanki lub wcześniej wspomniane odrzutowe rowery. Wydaje mi się, że do tego służą nieco inne miejsca, a nie szlak górski. Jeszcze trochę, a turysta pieszy będzie musiał iść lasem przez zaspy, bo inaczej zostanie staranowany… Jestem naprawdę równo wkurwiona, bo zawsze zasuwam w góry, żeby doznać odrobiny spokoju, zwłaszcza zimą kiedy góry były po stokroć spokojniejsze. Ale teraz… ten świat zwariował… 😟
Wracając do wędrówki… Szlak prowadzi w otoczeniu lasu z licznymi prześwitami, co daje nam i widoki, i słońce. Oczywiście zaliczam solidną glebę na zejściu, oczywiście z wiadomych powodów, ale dzielnie się zbieram i z obolałą ręką cisnę dalej przed siebie, kurwując przy tym niemiłosiernie. Na koniec czeka nas 15-minutowy odcinek asfaltem, po czym zawijam się do samochodu i rozliczam dzisiejszą wędrówkę. 


Na szlaku zielonym
Pomijając nieszczęsny powrót trasą saneczkową, całość wędrówki była wyborna. Pogoda siadła nam idealnie, a Turbacz o każdej porze roku przyciąga do siebie i to bynajmniej nie tylko Deserem Gorczańskim 😜 Gorczańskie najbardziej umiłowałam hale, które mają w sobie to coś, co w człowieku rozpala uczucie, ale za bardzo nie wiemy dlaczego. To czego zimą w Gorcach już nie popełnię, to wędrówki popularnym szlakiem i wybiorę alternatywną trasę, na której być może będzie spokojniej aniżeli dziś. Nie mniej jednak Gorce zimą uważam za pokonane, a teraz już odliczam do wiosny. Bo najbardziej w późnej zimie lubię to, kiedy przez nozdrza wpada już zapach rześkiej wiosny… 😀

A.N.

12.02.2017
 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz